czwartek, 30 maja 2013

Agata się skarży i kod rabatowy oddaje.

To jakiś koszmar. To się nigdy nie skończy. Promocje, rabaty, pospolite ruszenie do drogerii. Wracam z jednego sklepu z kosmetykami, które i tak nie są mi w tej chwili potrzebne, a już następny sklep zachęca mnie ofertą nie do odrzucenia.

Dycha zniżki w Hebe przy zakupach za min. 40 zł? – Nie chcę, spadajcie – mówię, dumna z siebie. Nowa gazetka Rossmanna uśmiecha się z maila? – Was też mam w anusie, jeszcze kurz nie opadł po promocji -40%! Mam sprezentować mojemu dziecku kosmetyki Pat&Rub? – A guzik, dostał już Duplo. Zestaw produktów o wartości 125 zł przy zakupach za powyżej 270 zł? – O nie, drogi L'Occitane, Wasz krem do rąk z werbeną był do dupy, nie zamierzam robić zapasów za prawie trzy stówy tylko po to, żeby znowu go dostać.

Tak oto walczę z ofertami, pokusą, własną słabością. Wygrywam, cieszę się i nagle JEB. Sephora Exchange (kto nie wie, o co chodzi, klik klik na własną odpowiedzialność). To jakiś koszmar. To się nigdy nie skończy.


W związku z tym zgłaszam się do Was z ogromną prośbą. Zabierzcie ode mnie kupon zniżkowy do Douglasa online. Na 10%. Ważny do 30 czerwca. Może komuś naprawdę się przyda? Dorzucę rabat do Answear. Pierwsza chętna osoba proszona jest o pozostawienie swojego maila, na który z ogromną przyjemnością prześlę wspomniany kod rabatowy i wspomniany drugi. I może jeszcze jakiś trzeci, jak znajdę.  

Z góry dziękuję. Z poważaniem, Agata.

środa, 29 maja 2013

Isana – Body Creme – Sheabutter & Kakao [recenzja]

Dzisiejsza recenzja jest tylko dla porządku. Żeby było wiadomo, że należę do klanu wielbicieli kremu Isany. Żeby było wiadomo, że należę do klanu wielbicieli Cudownego Masła Shea. A żebyście nie zapomnieli, że jestem mamą małego chłopca, recenzowany krem zaprezentuje Konik Tomasza.

Kolorystyka dopasowana do Konika.

Opakowanie kremu z masłem shea i kakao to właściwie kremowe wiadro. Pojemność 500 ml jest szalona, ale jak dla mnie doskonale, że właśnie taka. Lubię wiedzieć, że mam go jeszcze dużo i że nie zabraknie. Na samą myśl, że mogliby go wycofać, robi mi się słabo. W trybie pilnym muszę poszukać co najmniej dwóch równie doskonałych kremów nawilżających, by poczuć się bezpiecznie.

Konikowi w żłoby dano.

Mimo że w wielkich słojach zwykły pomieszkiwać masła do ciała, w środku tego znajduje się biały, lekki krem (trochę już wyjedzony przez Konika, który często uskarża się na suchość w pysku – wtedy podaję mu moją Isanę i suchość mija). Do czasu wypróbowania kremu Isany zawartość masła shea w czymkolwiek zupełnie nie robiła na mnie wrażenia. Ale że naczytałam się na blogach, jakie to świetne masło, postanowiłam spróbować. I od razu poszło z grubej rury, że się tak nieładnie wyrażę. 

Krem Isany nie zachwycił mnie wcale, gdy pierwszy raz wsadziłam weń mój ciekawski nos. Szeroko zachwalany aromat wydał mi się wręcz niemiły, jakiś taki karmelowo sztuczny, dziwny,  co_to_ma_być_zapach. Nadal uważam, że śmierdzi, ale już się przyzwyczaiłam. Pachnie jak stara taksówka – którąś z choinek Wunderbaum. Po pierwszym użyciu okazało się, że właściwie to może on sobie pachnieć jak pięć różnych choinek (hym, czy one nie pachną czasem tak samo?), wszystko jedno, jakoś przetrwam. Moja skóra nigdy wcześniej nie otrzymała takiego nawilżenia. Never ever. Już samo wcieranie było przyjemne – idealnie gładka masa fajnie rozchodziła się po brzuchu, udach i całej nieprzyzwoitej reszcie. Nie trzeba go wiele, nie wchłania się od razu, ale gdy już to zrobi, skóra jest doskonale nawilżona przez kolejne 24 h. Zapach też utrzymuje się długo, ale miłośnicy Wunderbaumów mogą okazać zadowolenie. 

Takie doznania za dychę? Dla mnie super. Muszę wypróbować Body Creme Granatapfel & Feige – on też zawiera masło shea. Jeśli okaże się, że równie dobrze nawilża, a do tego lepiej pachnie, z radością powitam go w rodzinie.


Plusy:
– nawilżenie,
– nawilżenie,
– nawilżenie,
– jeszcze więcej nawilżenia,
– cena.

Minusy:
– moim zdaniem zapach, ale jest ogromna grupa wsparcia dla niego, więc to taki osobisty minus.  


Pojemność: 500 ml
Cena: 9,90 zł
Ocena: 5,5/6


wtorek, 28 maja 2013

Ziaja – Energia pomarańczy – pomarańczowe masło do ciała /recenzja/

Dziś stoi tu przed Wami ten oto popularny słoik Ziai. Pomarańczowe masło do ciała nazwę zawdzięcza nie tylko konsystencji i kolorystyce opakowania – zawiera najprawdziwsze z prawdziwych masło wytwarzane ze skórki pomarańczy (o którego istnieniu w przyrodzie dowiedziałam się dopiero w trakcie pisania tej recenzji, więc wcale taka uczona nie jestem).


Prosty design na zewnątrz...

Wreszcie w moje ręce wpadł kosmetyk z kategorii body butter, który ma naprawdę maślaną konsystencję! Nie jest bardzo zbity, nie leje się, pięknie się nabiera i przyjemnie aplikuje. Ma delikatny, pomarańczowy aromat, którego nie potrafię jednoznacznie ocenić. Z jednej strony urzeka mnie jego subtelność, a z drugiej – gdy chrapy pracują zbyt intensywnie, można wywąchać mało apetyczny zapach tłuszczu. Pomarańczowy aromat i kolor kremu podobno są naturalne i pochodzą prosto od wspomnianego masła ze skórki. 

Obecne w składzie kwasy Omega 3 i Omega 6 odżywiają, nawilżają i chronią skórę przed złem tego świata, olej oliwkowy dba o równowagę wodno-lipidową i dostarcza wit. E, znaną jako „witamina młodości”. Masło Ziai ma za zadanie poprawiać elastyczność i miękkość naskórka i pozostawiać skórę delikatną i aksamitną w dotyku. Producent wspomina o działaniu antycellulitowym, ale nikt o zdrowych zmysłach nie weźmie tego na serio. Co ciekawe, na opakowaniu nie ma ani słowa o tym, że smarujemy się również masłem shea, mimo że jest na czwartym miejscu w składzie (przykładowo słynna Isana Shea Butter & Kakao, która bosko nawilża, ma go dopiero na miejscu ósmym). Myślę, że po prostu etykieta kremu powstawała w czasach, gdy shea nie było jeszcze popularne. Teraz zawartość Butyrospermum Parkii jest prawdziwym powodem dumy firm kosmetycznych :).


...oraz apetyczne wnętrze.

Trzeba przyznać, że połączenie pomarańczowych dobrodziejstw z masłem shea (które pokochałam całym sercem, wątrobą i palcami u stóp) daje świetne rezultaty – krem jest delikatny, nie podrażnia i przede wszystkim dobrze nawilża. Nie wiem, czy poradziłby sobie z mocno wysuszoną skórą, ale moje dość suche łydki dopieszcza konkretnie.

Producent zaleca, aby nakładać grubą warstwę i zostawić do całkowitego wchłonięcia. To generuje dwa problemy: gruba warstwa = długi czas oczekiwania na owo wchłonięcie oraz gruba warstwa = szybkie zużycie. Faktycznie, wydajność jest średnia, a opakowanie nie za wielkie. Z tego nasuwa się prosty wniosek, a może i trzeci problem: szybkie zużycie = zmniejszenie atrakcyjności cenowej. Pierwsza myśl w sklepie: 14 zł za słoik masła? Spoko, dobra cena. Jednak w momencie gdy palec dotyka dna, nie wydaje się już wcale taka doskonała. Istnieje sporo kremów i maseł do ciała, które nie chcą się skończyć i męczą tym pragnące odmiany konsumentki. Temu można pieszczotliwie oskrobać denko już po ok. 10 użyciach (o ile smarujemy całe ciało). 

W sumie miłe zaskoczenie z tą Ziajową pomarańczą. Spodziewałam się totalnego przeciętniaka, a otrzymałam bardzo przyzwoite (maślane) masło.


Plusy:
– dobre nawilżenie,
– konsystencja,
– dostępność.

Minusy:
– trochę za wolno się wchłania i za szybko zużywa.

Pojemność: 200 ml
Cena: 13,50 zł (w sklepie internetowym Ziai)
Ocena: 4/6

piątek, 24 maja 2013

Po raz drugi publicznie sięgam dna (to całkiem wciągające)

Blogowanie bardzo zmotywowało mnie do regularnej pielęgnacji, co z kolei przekłada się na zużywanie kosmetyków do końca. Jestem zachwycona tym faktem, ponieważ zbyt wiele razy wywalałam przeterminowane, zepsute kosmetyki zużyte do połowy lub w 2/3, 3/5 i innych ciekawych ułamkach, a każde opakowanie, które trafiało do śmietnika, było opłakiwane niczym wypadający z wózka królik mojego syna.

Niestety, im więcej denkuję, tym częściej uzupełniam zapasy. Czytanie blogów urodowych i pisanie własnego jest jak zaraza, to najprostsza droga do uzależnienia, które przynajmniej ma jedną zaletę – pomimo wewnętrznego postępującego zepsucia pięknieję na zewnątrz. Zawsze coś :P.
W dzisiejszym odcinku wystąpią (proszę się nie pchać, wszyscy się zmieszczą):


W zużywaniu tego i owego podprysznicowego pomógł mi mąż, z resztą musiałam poradzić sobie sama. 


The Body Shop – Ginger Sparkle – żel pod prysznic i mydło w płynie – te dwa kosmetyki pochodzą z limitowanej serii bożonarodzeniowej, która jest już oczywiście niedostępna. Mydło przetrwało do początku maja, ponieważ większość ludzi odwiedzających naszą łazienkę sądziła chyba, że pękata, elegancka buteleczka to moje perfumy i używali leżącego obok mydła w kostce za 1,29 zł. Ach, ta siła sugestii... Kosmetyki sygnowane wizerunkiem człowieka-piernika pachniały bardzo ciekawie i miło. Był to zdecydowany, łatwo rozpoznawalny aromat... coca-coli z cytrynką. Mmmmmm, pycha! Żel pienił się świetnie i okazał się bardzo wydajny. Polubiliśmy się. Kupiłabym go ponownie, gdyby wrócił na półki TBS-u. Póki co ciasteczkowemu chłopcu mówię pa pa. 

The Body Shop – Pink Grapefruit – żel pod prysznic w gigabutli o pojemności 750 ml mieszkał na półeczce pod prysznicem przez ponad rok. Ta seria zapachowo jest bardzo udana, to prawdziwy, orzeźwiający grejpfrut, który po spienieniu nadal jest prawdziwym orzeźwiającym grejpfrutem, a – jak wiemy – różnie z tym bywa. Żel jest niezbyt gęsty, dobrze się pieni i wystarczy jedno naciśnięcie pompki do dokładnego umycia całego ciała. Po ponad dwunastu miesiącach od otwarcia zapach nie stracił na jakości, zużyliśmy żel do ostatniej kropli i bardzo chętnie go znowu kupię. Cena regularna zniechęca – 69 zł, z drugiej strony to pojemność trzech, a może i czterech standardowych butelek z kosmetykami kąpielowymi, starcza naprawdę na wiele miesięcy.

Joanna – Peeling myjący grejpfrutowy – bardzo dobry, delikatny ścierak, pachnie równie ładnie jak bodyshopowy żel, skóra jest po nim przyjemnie gładka, nie wysusza i miło, że przy okazji myje – cóż za oszczędność czasu! Jest tani i mimo niewielkiej pojemności ma niezłą wydajność, dużo lepszą niż gruboziarnisty, niemyjący kolega z gorzką pomarańczą, o którym pisałam tu. Na pewno jeszcze kupię

Joanna Naturia – olejek do kąpieli i pod prysznic kawowo-śmietankowy. Uwielbiam. Jego zapach to przegięcie. Jest cudowny, jak najpyszniejszy kawowy deser. Nie pieni się zbyt dobrze, jest wodnisty, ale mam to w nosie, bo. Uwielbiam. Tani, łatwo dostępny. Czy już mówiłam, że go uwielbiam? Tutaj recenzja. Kupię ponownie, potem kupię ponownie, a potem kupię raz jeszcze.




Pharmaceris T – Puri-Sebogel – antybakteryjny żel myjący do twarzy – opisywałam go tu, dlatego powiem tylko, że jest bardzo, bardzo wydajny i ostatecznie, mimo nieprzyjemnego składu (m.in. alcohol denat.) wielkiej krzywdy mi nie zrobił. Nie podobało mi się ściągnięcie skóry po jego użyciu i okrutnie świecące czoło (a miał matować...). Nie kupię.

Garnier – Czysta SkóraŻel oczyszczający przeciw zaskórnikom – zadania dostał podobne co Pharmaceris: pozbyć się nadmiaru sebum, odblokować pory i ochronić przed przykrymi niespodziankami, które powszechnie znane są jako... syfy. Opakowanie nie informuje, że żel zawiera złuszczające cząsteczki, a co za tym idzie jest żelem peelingującym – tego możemy się dowiedzieć dopiero po otwarciu lub doczytując maczek na etykiecie z tyłu. W składzie kwas salicylowy i cynk, ale też eukaliptus, kamfora i sporo chemikaliów. Żel śmierdzi świeżo wyrwanymi chwastami (w sumie można to uznać za plus, jesteśmy blisko natury...), jest zbyt rzadki, rozlewa się w niekontrolowany sposób po dłoni, więc opakowanie chybione, lepsza byłaby pompka albo_co. Faktycznie oczyszcza, tylko trzeba uważać, by nie trzeć za mocno – bywa agresywny. Nie zapobiega powstawaniu niedoskonałości i w ogóle mi się nie spodobał. Jestem zła, że L'Oréal wycofał o wiele lepszy Pure Zone, a zostawił to garnierowe śmierdzące nie wiadomo co. Więcej nie kupię.

Ziaja – Tonik rumiankowy do każdego rodzaju cery – ma odświeżać i nawilżać. Odświeża, a nawilża, dopóki nie wyschnie ;). Ładnie pachnie, przyjemnie kwiatowo, krzywdy nie zrobi, cudów nie uczyni, o taka tam sobie pachnąca woda. Raczej nie kupię, bo wolę, żeby toniki jednak COŚ robiły, ale do tego nie żywię urazy :). 



Garnier Fructis – Volume Restructure – odżywka wzmacniająca do włosów cienkich i osłabionych – czyli do moich. Nie wiem, czy wzmocniła włosy, ale bardzo ładnie pachnie, ułatwia rozczesywanie i nie zawiera silikonów. Trochę mnie przylizywała, czego nie lubię i nie wiem, czy kupię ponownie. Jest łatwo dostępna, więc to możliwe, ale obecnie jestem na etapie poszukiwań czegoś sensowniejszego. 

Joanna Naturia – Szampon odświeżający z kiwi – oto piękna nazwa dla produktu, który nie robi absolutnie nic szczególnego. Nie spodziewałam się po nim żadnych szczególności, został mi jeszcze po zeszłorocznym więdnięciu na patologii ciąży, więc słowa złego nie powiem. No dobra, może z jedno. Zapach nie zachwyca, nawet trochę drażni, słodki, lekko mdły, bezsensowny taki. Ta linia jest najsłabszą linią zapachową Naturii. Działanie zgodne z etykietą: po umyciu włosy są odświeżone. Czyli lepsze niż nieumyte. Czyli nie ma się czego przyczepić! A do tego jest zaskakująco wydajny, spokojnie starczy na cały wakacyjny wyjazd, ale na pewno nie na mój, bo nie kupię go ponownie. 




Pharmaceris M – Foliacti – krem zapobiegający rozstępom. Zaginął w czeluściach szafki łazienkowej i dopiero teraz poszedł do śmieci zużyty do połowy. W międzyczasie urodziłam, rozstępów po ciąży nie mam, a ten krem stosowałam na zmianę z Mustelą i Perfecta Mama. Z wymienionej trójki najmniej podobał mi się ten ostatni, bo był rzadki i mam wrażenie, że w ogóle nie działał. Pozostałe dwa są gęste, treściwe i faktycznie możliwe, że skutecznie zapobiegły rozstępom, ale nigdy się nie dowiem, czy w moim przypadku to dzięki nim, czy dzięki dobrym genom. Na pewno warto wcierać regularnie „coś przeciw rozstępom” w trakcie ciąży, a Pharmacerisa polecam, bo jest dużo tańszy od Musteli, o wiele ładniej pachnie i skutecznie uspokaja sumienie. Z drugiej strony znajoma dermatolog nacierała się śmierdzącą Mustelą i twierdzi, że ona najlepsza... research w tym temacie pozostawiam paniom spodziewającym się.

Nivea Soft – nawilżający krem do twarzy i ciała – uniwersalny, cudownie, „niveowo” pachnący, używałam go do nawilżania twarzy i szyi, ale tylko wieczorem, bo zostawia tłusty film na mojej mieszanej cerze. Zużywam go powoli, dlatego zaopatruję się tylko w najmniejsze słoiki o pojemności 50 ml. Ostatnio poznałam kilka innych, dobrych kremów do twarzy, ale na noc nie znalazł się jeszcze godny następca, dlatego kupię go ponownie. Zresztą te minisłoiczki są tak urocze, a zapach tak fajny, że nie zrezygnuję z posiadania takiej miniaturki w mojej kosmetyczce. Przyjemna, klasyczna taniocha.

Purederm – Choco Cacao Collagen Mask – zawiera ekstrakt z kakao, kolagen i wit. E. Ma pomóc w odzyskaniu elastyczności i witalności skóry. Niesamowite, jak bardzo ta maseczka nie zrobiła niczego dobrego i w jakim beznadziejnym stanie zostawiła moją mieszaną cerę. Ja naprawdę nie mam zbyt wiele czasu na luksusy w postaci masek. Ta wyższa forma sztuki jest mi prawie obca, bo i bez tego roboty z codzienną pielęgnacją dużo, a czasu i zapału po uśpieniu T. jakby mniej. No więc koncepcja nałożenia bawełnianej, nasączonej kolagenem maski o czekoladowym aromacie (guzik, nie pachnie czekoladą ani trochę) wydała mi się idealna w swej prostocie. Nic bardziej mylnego! Męczyłam się dobrych kilka minut, najpierw z rozłożeniem tego kawałka namoczonej srajtaśmy, potem z instalacją na twarzy. Po kwadransie okazało się, że moja cera jest lepka, idealnie tłusta i idealnie przygotowana na wysyp bolących, ropnych franc. Tak też się stało już następnego dnia. Polecam wielbicielom mocnych trądzikowych wrażeń. Nie kupię.

Balsamy ochronne do ust Oriflame – dwie cudownie pachnące beczułki – czekoladowa i karmelowa – zjełczały, więc trafiają do smutnej śmietnikowej otchłani, zużyte może w połowie. Mimo niewątpliwych walorów zapachowych i ochronnych, wydłubywanie zawartości ze słoiczkowych czeluści na dłuższą metę okazało się ponad moje siły. Dłubałam, dłubałam, aż nagle przyszła mi do głowy pewna cudowna w swej prostocie myśl: a gdyby tak użyć balsamu w sztyfcie? Recenzja tu. Nie wiem, czy kupię ponownie. Może kiedyś skusi mnie połączenie pięknego zapachu z jakąś miłą promocją.

Avon – Super Shock – pogrubiający tusz do rzęs – ten tusz uratował honor całej kolorówki. Jako jedyny zużył się w pełni, choć w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach, być może odszedł na suchoty, być może zwyczajnie się wyczerpał. Nie umiem powiedzieć o nim niczego złego ani dobrego, przeciętniak z klasyczną nieprofilowaną szczotką. Nie pamiętam żadnych jego nadzwyczajnych właściwości, dlatego nie kupię (ha, ten dostałam w prezencie!).

Tyle ode mnie, ciąg dalszy nastąpi (a jakże!).

czwartek, 23 maja 2013

Vipera – lakier do paznokci High Life nr 808

Od razu mówię, że żadną wielką znawczynią lakierów nie jestem. Mam po prostu standardowe wymagania: wymarzony lakier ma jak najszybciej schnąć, kryć po maksymalnie dwóch warstwach i nie odpryskiwać po jednym czy dwóch dniach. No i oczywiście mieć ładny kolor. Łatwizna!

Lakier polskiej Vipery kupiłam w polskim butiku – Butiku. Zdziwiłam się, że są tam sprzedawane, bo wcześniej widziałam je tylko na okazałych firmowych wyspach w galeriach handlowych. To moja pierwsza przygoda z Viperą i – jak na razie – całkiem się polubiłyśmy.




Numer 808 z serii High Life urzekł mnie swoim delikatnym, nienachalnym liliowym odcieniem. Ma mieniące się na różowo drobinki, które na paznokciach widać tylko w odpowiednim świetle (przede wszystkim mocnym, sztucznym), chociaż są całkiem wyraźne w butelce. Jest raczej rzadki, ale nie na tyle, żeby zalewać wszystko wokół, więc jeśli mam pomalowane skórki, jest to wyłącznie wina moich trzęsących się rąk – nie od dziś wiadomo, że chirurg byłby ze mnie denny (i jeszcze ta krew, latające flaki, brrrr, za dużo „Grey's Anatomy”?). Konsystencja po kilku tygodniach wciąż ta sama – warstwy wychodzą cienkie i dzięki temu szybko schną. Brawo, klask, klask.



W pomieszczeniu odcień oczywiście wyszedł nieco ciemniejszy, na zewnątrz jest to jaśniutki wrzos, widać na ostatnim zdjęciu. Najbardziej zaskoczyła mnie trwałość. Nie spodziewałam się niczego spektakularnego, a tu mija jeden dzień, drugi, trzeci, czwarty (!) i dopiero zauważyłam wytarte końcówki. 
Znalazłam tylko dwie wady tego lakieru: krótki pędzelek osadzony w niewygodnej, bo również krótkiej i grubej nakrętce oraz fakt, że po dwóch warstwach w naturalnym, dziennym świetle widać delikatny prześwit białej płytki paznokciowej (lub żółtej, lub innej dowolnie zaniedbanej). Na obronę pędzelka powiem tyle, że jeśli pominiemy aspekt rączki i dosięgania dna butelki, maluje się nim bardzo dobrze. Na obronę prześwitów powiem tyle, że niespecjalnie mi one przeszkadzają. Zresztą przy trzech warstwach problem znika – ja po prostu na tę trzecią nigdy nie mam czasu.


W górnej warstwie lakieru widoczne są różowe drobinki.

Jeśli mało Wam problemów, mogę od biedy dorzucić jeszcze taki: farba na naklejce z kodem kreskowym i oznaczeniem lakieru szybko się ściera. To straaaaaaaaszne. 
Lakiery High Life nie zawierają toluenu, kamfory ani formaldehydu i są odporne na działanie detergentów.

Widać lekki prześwit płytki paznokciowej.

W palecie High Life jest aż 48 odcieni. Jako rzecze producent: „Od szarości, poprzez odcienie pistacjowo-turkusowe i granat, do najmodniejszych w tym sezonie beży i brązów. Skromne beże i ekstrawaganckie turkusy oraz granat współgrają w kolekcji aby podkreślić, że piękne paznokcie mogą mieć różne odsłony”.
W Butiku do wyboru było zaledwie kilkanaście kolorów, ale przy galeryjnych stoiskach Vipery można dostać oczopląsu! Chętnie wypróbuję kilka innych odcieni z tej serii.


Plusy:
– trwałość,
– łatwa aplikacja, szybkie schnięcie,
– stosunek jakości do ceny.

Minusy:
– niewygodny, za krótki pędzelek.


Pojemność: 9 ml
Cena: 8–9 zł

wtorek, 21 maja 2013

Prowansalska pielęgnacja dłoni według L'Occitane

Tak się złożyło, że w ciągu kilku tygodni stałam się posiadaczką aż trzech kremów do rąk produkcji L'Occitane. To efekt moich pierwszych nieśmiałych zakupów w ichniejszym stacjonarnym sklepie (o których pisałam tu) i śmiałego upomnienia się o pakiet powitalny. Wydał mi się na tyle atrakcyjny, że zdecydowałam się poczynić zakupy online w ciągu sześciu tygodni od poprzednich (taki był warunek odebrania pakietu). Przy okazji muszę pochwalić obsługę L'Occitane. Mimo że bardzo zamotałam moje internetowe zamówienie i nie chciał zadziałać kod uprawniający do wspomnianego upominku powitalnego, wszystko skończyło się pomyślnie, moje zamówienie dotarło szybko kurierem, a w środku znalazło się to, co trzeba. Naprawdę najs. W każdym razie obecnie na stanie mam:

Od lewej: krem migdałowy, krem z 20% zawartością masła shea
 i krem-żel z werbeną.

Krem z (podobno) limitowanej serii migdałowej i kremożel z werbeną są w tubkach o pojemności 30 ml, a kurdupel w środku z masłem shea jest w miniaturze 10 ml – mam takie dwie, ale druga nie załapała się do rodzinnej fotografii. Tubki z daleka wyglądają na metalowe, ale wykonane są z wygodnego, miękkiego tworzywa. Łatwo się z nich wyciska, można pocisnąć takiego biedaka do ostatniej kropli, ale szybko się okazało, że wybitnie irytujące są nakrętki. Chodzą gładko, niestety potrafią konkretnie wkurzyć po aplikacji kremu – wyobraźcie sobie te żałosne próby zakręcenia wypaćkaną dłonią maleńkiej nakrętki. Najrozsądniejszym wyjściem jest wyciśnięcie potrzebnej ilości na zewnętrzną stronę dłoni, zakręcenie tubki, a potem dopiero rozsmarowanie. Tylko kto by o tym pamiętał? Wiem, że produkty L'Occitane mają swoją nieco staroświecką oprawę wizualną i doceniam te designerskie starania, ale mimo wszystko ludziom żyłoby się lepiej, gdyby zamiast zakrętek zamontowali zwykły plastikowy zatrzask.

Od lewej: migdał, werbena, masło shea.

Jak widać na zdjęciu, każdy krem ma inną konsystencję. Migdałowy jest delikatny, bardzo dobrze rozsmarowuje się i wchłania (konsystencją przypomina mi Aksamitny Krem do Rąk Bandi, recenzja tu). Krem z masłem shea jest ciężki, treściwy, przez co niezbyt przyjemnie się go rozprowadza. Najlżejszy jest Cooling Hand Cream Gel z ekstraktem z werbeny – już sama nazwa sugeruje jego lekkość i taki właśnie jest – żelowa formuła sprawia, że kosmetyk wchłania się ekspresowo. Niestety, to tyle jego zalet. Chłodzący krem z werbeną to najgorszy egzemplarz z całej trójki. Po miłym rozprowadzeniu pozostaje niemiła, lepka warstwa. Ładny, cytrynowy aromat nic tu nie pomoże, bo kleistość utrzymuje się cały czas i... jak na krem chłodzący nie przystało, w ogóle nie chłodzi. Nic a nic. Podsumujmy: wydając 29,90 zł, otrzymujemy 30 mililitrów substancji, która ładnie pachnie cytrynką, ładnie się rozsmarowuje, nie chłodzi i bardzo się lepi.

Następny artysta to – jak podaje producent – prawdziwa legenda, ikona kremów do rąk, bestsellerowy krem z 20-procentową zawartością masła shea. Przeznaczony jest do przesuszonych, zabiedzonych rąk, ma je ratować, pielęgnować, robić im dobrze. Czytałam wiele pozytywnych opinii na temat tej kremowej gwiazdy, a do tego w międzyczasie zakochałam się w maśle shea, dlatego miałam nadzieję, że bardzo się polubimy. Rąk nie mam już wcale suchych, naprawiłam je Garnierem, o którym pisałam tutaj, dlatego L'Occitane z moimi powinien poradzić sobie szybko, łatwo i przyjemnie. Pachnie wszystkim tym, co nosi nazwę „mydło toaletowe”. Mydlany, staroświecki zapach, który można lubić lub nie. Mi nie przeszkadza, ale też nie ma czym urzec, ostatnio takim mydłem myłam ręce w kiblu na trasie Warszawa – Gdańsk. Krem-legenda tępo sunie po skórze, jest bardzo gęsty i treściwy i niestety, podobnie jak poprzednik, pozostawia nieprzyjemną, klejącą warstewkę. Na szczęście przy odrobinie cierpliwości uda nam się doczekać do momentu, w którym lepkość zanika i możemy cieszyć się pachnącymi toaletowo dłońmi, które nie są wysuszone, ale na pewno nie są też miłe w dotyku. Być może właścicielki i właściciele naprawdę suchych dłoni bardziej docenią walory tego kremu, dla mnie jest po prostu średni, na pewno niewart trzech dych za 30 ml. Ach, właśnie – dla wytrwałych jest też wersja 150-mililitrowa za jedyne 90 zł. Szczerze? Naprawdę nie wiem, czym tu się podniecać.

Najprzyzwoitszy z całej trójki jest migdałowy krem wygładzający. Robi to, co producent obiecuje: doskonale wygładza dłonie, przy okazji odrobinę je nawilżając. Ale nie za bardzo, tak troszeczkę tylko. Na początku miałam mieszane uczucia co do jego zapachu – jest tak prawdziwie najprawdziwszy, że po wsmarowaniu w dłonie aromat wydawał mi się być na granicy zapachu i smrodu. Po miesiącu używania muszę powiedzieć, że mimo wszystko jest to bardzo ładny, naturalny migdałek, a ja postanowiłam nie doszukiwać się w nim nieprzyjemnych nut. Z migdałowym kremem od L'Occitane polubiliśmy się na tyle, że dostał zaszczytne miejsce w mojej torebce. Mam wrażenie, że po aplikacji na świeżym powietrzu efekt gładkich dłoni jest jeszcze wyraźniejszy niż w pomieszczeniu. Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest, ale to miłe. To jedyny krem L'Occitane, który jest naprawdę dobry i chętnie kupię go ponownie, o ile będzie się dało go kupić – sprzedawczyni mówiła, że seria migdałowa jest limitowana. Mam nadzieję, że to nieprawda i że się przesłyszałam, bo jak na razie to jedyna linia kosmetyków L'Occitane, które są warte uwagi.


piątek, 17 maja 2013

Multi Care Base + Top Coat, czyli totalna lipa baj Revlon [recenzja]

Już wielokrotnie w swoim życiu przekonałam się, że jak coś jest to wszystkiego, to jest do niczego. Ale żeby aż tak do niczego? Butelka z „bazą pielęgnacyjną + top coatem 2 w 1” zachęca wyglądem. Szroniony plastik prezentuje się tak, że najchętniej od razu pociągnęłabym z niego do dna bez popitki.




Kto mógł przypuszczać, że wewnątrz znajduje się aż tak beznadziejny produkt? Z pozoru wygląda normalnie: rzadki, nieciągnący, przezroczysty płyn, po nałożeniu błyszczy. Nakłada się cieniutką warstwą, więc z pewnością szybko wyschnie i okaże się doskonałą bazą – tak sobie pomyślałam ja. Ale pozory mylą. Owa jedna cieniutka warstwa schnie w nieskończoność. Właściwie nie udało mi się dotrwać do momentu, w którym byłaby całkiem sucha, więc nie opowiem Wam o trwałości manikiuru po użyciu tego dziadostwa jako bazy. Jeżeli po godzinie zdrapałam niechcący z płytki mokry, glutowaty kawałek, to zdaje się coś jest mocno nie halo...

No to może jako top coat się nada? – pomyślałam znowu ja, dziwiąc się sobie, że taka ze mnie optymistka. Pomijając szczegóły związane z upierdliwą aplikacją, bo szkoda mojego i Waszego czasu na opowieści – nie, nie nada się. Po kilku godzinach nie tylko Multi Care Base + Top Coat okazuje się beznadziejny – beznadziejny jest cały manikiur, chyba że ktoś lubuje się w plastycznych płytkach paznokciowych. Może zużyłabym tego Revlona, gdybym nadal uczęszczała na pasjonujące wykłady z gramatyki historycznej języka polskiego – mogłabym w ich trakcie ulepić sobie jakiegoś paznokciowego ludka. Tak się jednak składa, że studia skończyłam ładnych parę lat temu, więc to również odpada. Podobno ten fantastyczny produkt wzmacnia i wygładza płytkę, ale nie sprawdziłam tego, wybaczcie.

Zakładam, że jedna cienka warstwa bez dodatków kiedyś w końcu wyschnie, dlatego jedynym zastosowaniem, jakie widzę dla tego paskudztwa, jest używanie go jako bezbarwnego lakieru.
I za to wszystko producent liczy sobie 21,99 zł? Fuckin' unbelievable.

Zrezygnowałam z koncepcji zamiany dwóch butelek na jedną i grzecznie stosuję bazę Essie i top coat NYC (u nocanki za całe 6,49 zł klik klik). Ten ostatni bardzo przyspiesza wysychanie lakieru, polecam.


Plusy:
– brak.

Minusy:
– cały ten produkt to jeden wielki minus.

Pojemność: 14,7 ml
Cena: ok. 22 zł (tyle zapłaciłam w Hebe, tak mi wstyd)
Ocena: 1/6



środa, 15 maja 2013

Manhattan – Soft Mat Loose Powder – Natural [recenzja]

Bohaterem dzisiejszego odcinka jest puder, którego prawdopodobnie będę używać do końca świata i jeden dzień dłużej, ponieważ: a) jest ultrawydajny i zaczęłam wątpić, że kiedyś się skończy, b) bardzo go lubię.



To mój pierwszy sypki puder, w dodatku zdobyty kiedyś w Rossmannie w ramach zakupów z serii „na pałę” – nie znałam firmy, nie było dostępnego testera, nie miałam pojęcia, jak się używa sypańców. Co do ostatniego punktu – w takich chwilach zawsze sobie mówię, że istnieje niemała grupa nieskończenie tępych kobiet, które stąpają po ziemskim padole pięknie pomalowane i przypudrowane, więc TO NIE MOŻE BYĆ TAKIE TRUDNE. No i nie jest, chyba. W każdym razie pierwszy sypki i już taki świetny, że zepsuł mi całą zabawę szukania Tego Jedynego. Za to powinnam mu odjąć z pół gwiazdki.



Producent dołączył puszek do aplikacji, ale bardzo szybko się spłaszczył  (puszek, nie producent) i już dawno przestał mi się podobać. Zainwestowałam w pędzel kabuki i moje życie znowu stało się piękne. 

Fotografia przedstawia bogate, nieskończone wnętrze pudru matującego Manhattan Soft Mat Loose Powder
w odcieniu Natural.


Soft Mat Loose Powder jest polecany szczególnie do cery mieszanej i tłustej, czyli do mojej, a że ta informacja napisana jest na opakowaniu mikroskopijną czcionką, miło się zaskoczyłam dopiero po powrocie do domu. Jest bezzapachowy, lekki, trzy pierwsze pozycje w składzie to talc, mica, silica, zawiera parabeny, ale osobiście mam to w nosie. Odcień nr 1, czyli Natural to doskonałe rozwiązanie dla bledziochów. Tak dobrze dopasowuje się do cery, że wygląda jakby był transparentny. Można go używać z powodzeniem na fluid albo samodzielnie, wystarczy omieść delikatnie twarz i już mamy piękny, naturalny mat. Nie ma się co spodziewać, że efekt matowienia pozostanie z nami przez cały dzień – w ciepłe dni już po trzech godzinach nadaje się do poprawki, ale przy normalnej lub niskiej  temperaturze jest zaskakująco trwały.
Trochę mnie zdziwiło, że do wyboru są tylko dwa odcienie: Natural i Beige, ale może to wystarczy, skoro jego rolą jest subtelne wykończenie makijażu.

Może przy okazji któraś z Was zdradzi mi, jak prawidłowo używać sypkiego pudru z sitkiem? Ja robię to niekoszernie, bo ostatnio najczęściej po prostu przykładam mojego kabuki do tych dziur i odwracam do góry dnem. Efekt jest doskonały, ale zakładam, że producent miał inną koncepcję. Pierwotnie potrząsałam lekko pudełkiem, żeby trochę wyleciało (jak do zdjęcia powyżej), ale on się wtedy rozsypuje na lewo i prawo, co na moim ciemnym stole wygląda biednie. Na nadgarstek też się go raczej nie da wysypać, bo dziury za duże i wyszłaby ilość jak na kreskę koki. Pozostaję z tym problemem w głębokiej zadumie, a Wam serdecznie polecam Soft Mat Loose Powder – to doskonałe rozwiązanie dla kobiet, które przywiązują się do rzeczy i nie lubią w życiu zmian*.

Plusy:
– efekt naturalnego matu, wystarczy odrobina magicznego proszku, by osiągnąć ten szczytny cel, a co za tym idzie:
– wydajność,
– jest lekki, nie zapycha, nie obciąża,
– dostępność.

Minusy (a raczej życzenia):
– mógłby być tańszy (dopiero wtedy byłby prawdziwie idealny ;)),
– mógłby dłużej trzymać mat (j.w.).

Pojemność: 20 g
Cena: ok. 30 zł
Ocena: 5,5/6 

*to nie ja, ale co z tego, przecież nie pozbędę się wybornego pudru, bo mi się znudził – ostatecznie ma tylko sprawić, że moja facjata nie będzie błyszczeć jak tafla jeziora, no nie?

niedziela, 12 maja 2013

Scholl – Złuszczający peeling do stóp [recenzja]

Ostatnio wspomniałam o Wielkim Stopowym Planie Naprawczym (po angielsku: The Great Foot Recovery Campaign ;)). Moi wierni towarzysze byli w opłakanym stanie po dźwiganiu ciążowych ciężarów, a potem jednego pociążowego, ale tak między nami: od kiedy pamiętam, stopy zawsze miewały się kiepsko – wprawdzie nie były nigdy odrażające i szczęśliwie dla mnie i innych nie zwykły podśmierdywać, ale daleko im do ideału. Głównym problemem jest miejscowe przesuszenie od strony podeszwy, a w efekcie zrogowaciała, szorstka skóra na dużych palcach i piętach. Moje zabiedzone odnóża wcale nie mają ze mną lekko – wbrew temu, czego uczyli mnie rodzice od niepamiętnych czasów, nie chodzę po domu w ciepłych, wygodnych kapciuszkach. Stopy paradują zwykle na golasa, a jak już im bardzo zimno, to w skarpetach. To taki mój powrót do korzeni, czerpanie pierwotnej energii z kosmosu, bla bla bla, wiecie, o co chodzi.

Wracając do The Great Foot Recovery Campaign, wraz z nadejściem wiosny zabrałam się ostro do roboty. Nie znoszę szorować pięt tarką czy pumeksem (a już na pewno nie na sucho, brrrr). Niezbędny okazał się więc ścierak w kremie. Postanowiłam dać doktorowi Williamowi Mathiasowi Schollowi szansę i zakupiłam ten oto Złuszczający peeling do stóp:




W opakowaniu z serii „takie jak zwykle u Scholla” znajduje się gęsta, lekka, prawie sucha masa, która w większości składa się z rozdrobnionego naturalnego pumeksu. Peeling jest drobnoziarnisty i gdy rozcieram go między palcami, mam wrażenie, jakbym miała w ręku najdrobniejszy nadmorski piasek, wybrany z podmokłego brzegu. Poza pumeksem z brzydotą stóp walczą również kwasy AHA.

Na fotografii widzimy lewitującą tubę z peelingiem Scholla.

Tą nietypową papką należy potraktować kolistymi ruchami czyste, suche stopy, a po paru minutach dokładnie zmyć. Mimo zaleceń na opakowaniu, aby peelingu używać 2–3 razy w tygodniu, ja stosowałam go zaledwie raz na tydzień i muszę przyznać, że efekty pozytywnie mnie zaskoczyły. Stopy są wygładzone, a zrogowacenia się zmniejszyły i nie są już tak widoczne – stwardniałą podeszwę czuć już właściwie tylko pod palcami. Przede wszystkim pozbyłam się szorstkich, suchych skórek na piętach, a jedyne, co nie zostało wciąż wytępione, to zrogowaciała, nieestetyczna skóra na paluchach – choć i tak wygląda dużo lepiej. Planuję zwiększyć częstotliwość peelingowania do dwóch razy w tygodniu i liczę na jeszcze lepsze efekty. Tu niestety pojawia się problem: cena.

Peeling kupiłam w Super-Pharmie w promocji za niecałe 22 zł, ale normalnie trzeba zapłacić za niego ok. 5 zł więcej. Niecałe trzy dychy za 75 ml pumeksu to sporo – kostka pumeksowa kosztuje max. 2 złote, więc nawet jeśli w tubce znajdują się dwie takie kostki plus dodatki, cena wydaje się być mocno wygórowana. Swoją drogą myślę, że spokojnie dałoby się zrobić samodzielnie peeling o podobnych właściwościach, ja po prostu nie mam czasu na takie rzeczy, ale może to dobre rozwiązanie?
Zauważyłam, że peeling Scholla szybko się zużywa – zdecydowanie za szybko jak na taką cenę. Ale to chyba jego jedyna wada. Oczywiście peelingowanie zrogowaciałych stóp to niejedyny zabieg pielęgnacyjny, jaki im się należy. Oprócz ścierania ważne jest regularne nawilżanie, a ja chyba skuszę się jeszcze na któryś z produktów Scholla. Wśród kandydatów są: tajemniczy System 2w1 do usuwania twardej skóry stóp i ichniejszy krem zmiękczający. Jedno jest pewne: ciąg dalszy nastąpi.

A może Wy macie sprawdzone sposoby na zmiękczenie i wygładzenie tych twardych zawodników?


Plusy:
– skuteczność, łatwość użycia.

Minusy:
– cena vs. wydajność.


Pojemność: 75 ml
Cena: 26–28 zł (ja kupiłam w Super-Pharmie w promocji za niecałe 22 zł)
Ocena: 5+/6

czwartek, 9 maja 2013

Bandi – Body Care – Aksamitny Krem do Rąk [recenzja]

Uwielbiam estetykę opakowań Bandi. Szronione plastikowe butelki, pompki, atomizery, eleganckie minimalistyczne etykiety – no po prostu mistrz. Przyjemność korzystania z ich kosmetyków jest nadzwyczajna i cudownie by było, gdyby jakość również taka była. Niestety, na razie tak się nie dzieje, a ja ukradkiem ocieram łzy nad pierwszym produktem Bandi, którego nie mogę wychwalić pod niebiosa. Nie jest zły, ale wciąż mam nadzieję, że znajdę w ofercie tej firmy wymarzone perełki. Póki co muszę zadowolić się średniakiem.

Przeprosiłam się ostatnio z kremami do rąk, bo po niedawnej legendarnej zimie moje osobiste górne kończyny były podsuszone, no i nieubłagany ząb czasu podgryza je tu i ówdzie. Chciałabym jak najdłużej móc oglądać dłonie Madonny czy Sarah Jessiki Parker, ciesząc się, że moje tak nie wyglądają, chociaż w sumie chyba im to nie grozi – odziedziczyłam po babci słodkie, tłuste rączki zwieńczone równie tłustymi, krótkimi palcami (tak, tak, to chyba mój największy kompleks...). No ale czy to serdelki, czy nie serdelki, pielęgnacja im się należy. Tym oto sposobem do koszyka w Bandi.pl oprócz płynu micelarnego i kremu do twarzy (o których później) trafił również ten subtelnej urody produkt:

Estetyczne pudełko, a w nim próbka (nie pamiętam już czego,
bo Bandi dorzuca próbki do każdego kosmetyku – taki miły gest).

Krem ma skutecznie regenerować i chronić dłonie. Producent rzecze: „Preparat zawiera kolagen i elastynę, które ujędrniają i odmładzają skórę. (...) Łagodzące, natłuszczające i rewitalizujące właściwości aloesu, oleju passiflora i algi laminarii zapewnią odnowę nawet zniszczonej skórze dłoni. Efekt działania kremu utrzymuje się jeszcze długo po jego zastosowaniu, pozostawiając skórę przyjemnie gładką i aksamitną”. A jak jest naprawdę?

Krem jest delikatny (niech im będzie, że aksamitny), ma piękny, niedrażniący zapach, a gdy naciskam pompkę, tylko resztka przyzwoitości powstrzymuje mnie przed westchnieniem rozkoszy. Rozprowadza się przyjemnie, wchłania szybko i... już.

Nie ma po nim irytującego uczucia lepkich rąk, nawilżenia nie zauważyłam, to znaczy jakieś tam słabe jest, ale tylko po zewnętrznej stronie dłoni. Co prawda producent bezpośrednio o nawilżaniu nie wspomina, ale to normalne, że oczekuję od codziennego kremu do rąk takich właściwości, szczególnie że ma w składzie wiele substancji o działaniu nawilżającym. Ogólnie jestem zadowolona z tego, jak wygląda skóra po zewnętrznej stronie. Jest gładka, być może nawet ujędrniona, żadnego przesuszenia. Niestety, jeśli chodzi o wnętrze, wraz z wchłonięciem kremu czar pryska: skóra zamiast aksamitnej, staje się nawet twardsza niż zwykle, a ja przypominam sobie, że jestem posiadaczką stożkowato zakończonych opuszków i że istnieje coś takiego jak linie papilarne – każda najmniejsza nierówność wydaje się być podkreślona.

Zapach dość szybko się ulatnia, ale w zależności od indywidualnych upodobań to może być informacja neutralna lub nawet zaleta (znam ludzi, którzy szukają kremów do rąk o jak najmniej intensywnym zapachu, mnie to akurat nie dotyczy). Wydajność oceniam wysoko – pompka temu sprzyja, a dzięki fajnej konsystencji wystarczy niewielka ilość, nie trzeba nawet dociskać do końca.

Szkoda, że firma Bandi nie ma innych kremów do rąk w ofercie, bo prawdopodobnie wypróbowałabym wszystkie, byle znaleźć jakiś dobrze działający i mieć pretekst do naciskania tej cholernej pompki.


Plusy:
– estetyczne opakowanie z wygodną pompką (niespotykane zjawisko w rodzinie kremów do rąk), dzięki której można używać kremu do ostatniej kropli, I like it,
– śliczny zapach,
– wydajność.

Minusy:
– brak nawilżenia.


Pojemność: 75 ml
Cena: 27 zł
Ocena: 3+/6


poniedziałek, 6 maja 2013

Flos-Lek – Lip Care – wazelina do ust – wersja pomarańczowa [recenzja]

Dziś powieje optymizmem z serii: dobre, bo polskie. Nie będę się rozwodzić zbyt długo, bo sprawa jest prosta: niewinny, mały blaszak od Flos-Leku kryje w sobie bardzo przyjemną wazelinę, która ładnie pachnie pomarańczą, a do tego chroni usta przed wysuszeniem od wiatru, słońca, mrozu i pozostałych czynników, które akurat nie przyszły mi do głowy.




Skusił mnie pomarańczowy, cieszący oczy kartonik i wcale nie żałuję – cytrusowy aromat to miła odmiana od karmelu, czekolady i innych słodyczy, które w okresie zimowym najczęściej pakowałam na usta. Seria Lip-Care oferuje również warianty: waniliowy, różany, poziomkowy i czekoladowy, czyli dla każdego coś miłego. 




Producent zachwala: „Wygładza, nawilża i delikatnie natłuszcza usta. Zapobiega łuszczeniu, wysuszeniu i pękaniu naskórka. Delikatnie nabłyszcza wargi”. Wszystko prawda. Jestem z tych, co to sobie lubią do herbaty podgryźć własne skórki, przez co nie raz i nie dwa miałam na ustach paskudne, czerwone rany (wygryzałam samą siebie zbyt łapczywie...). Jak już trafiło do mnie urocze, blaszane pudełeczko Flos-Leku (dziękuję, mężu, cmok cmok), problem zniknął nie wiadomo kiedy – po prostu nie mam już za co złapać zębami, skórki zostały wygładzone, a nawet zgładzone.  
Niektórych flos-lekowych smarowaczy może irytować pozostająca na ustach tłusta warstwa, ale: a) pachnie, b) jest cieniutka, c) to właśnie ona chroni i pielęgnuje, a poza tym d) usta naprawdę bardzo ładnie wyglądają po aplikacji, nie świecą się głupio, tylko są takie jakieś... soczyste? I jeszcze e) no przecież to wazelina.

Nie zawiera parabenów, co się chwali, skład ma krótki i wszystkie wielbicielki chemii oraz łaciny mogą go sobie przeanalizować: Petrolatum, Cetyl Alcohol, Cholesterol, Copernicia Cerifera Cera, Hydrogenated Vegetable Oil, Aroma, Limonene, Linalool, Citral, Geraniol, Citronellol
Dla mnie bomba.

Na koniec dodam, że wazelina Lip Care należy do kosmetyków z serii neverending story – choćbyś nie wiem jak się starał zużyć ją do końca, ona wciąż tam jest, zwarta i gotowa po raz milion osiemdziesiąty czwarty ochronić Twoje usta przed mrozem/wiatrem/słońcem/innym czynnikiem wysuszającym, który akurat nie przyszedł mi do głowy. To oczywiście może wkurzać, gdy masz ochotę na jakąś drobną zmianę w swoim życiu i przyszło Ci do głowy: „No to jak się skończy, kupię sobie nową wazelinkę, może teraz waniliową?”, ale umówmy się – jej powalająca wydajność za sześć złotych to niewątpliwie zaleta. 

To najlepsza wazelina do ust, jakiej kiedykolwiek używałam. Jeśli okaże się (oczywiście w bliżej nieokreślonej przyszłości – patrz wyżej), że wersja czekoladowa aromatem nie odbiega od słoika dla masochistów by Oriflame, o którym pisałam tu, bez cienia żalu zrezygnuję z poprzednika.


Plusy:
– spełnione obietnice producenta,
– cena,
– dostępność (m.in. Rossmanny),
– wydajność.

Minusy (tylko dla wybrańców):
– wydajność (bo może zbrzydnąć lub zjełczeć, zanim się skończy),
– opakowanie (bo może sztyft byłby lepszy).

Pojemność: 15 g
Cena: ok. 6 zł
Ocena: 6/6

sobota, 4 maja 2013

Gosh – Body Mo:ist Redberries – balsam do ciała z wyciągiem z czerwonej porzeczki [recenzja]

Na Body Mo:ist, czyli serię zapachowych balsamów nawilżających od Gosh, natknęłam się w trakcie zakupów w Hebe. A że były w niewielkiej promocji, a ja dotychczas nie miałam pojęcia o ich istnieniu, skusiłam się na wersję z czerwoną porzeczką, bo to taki oryginalny, rzadko spotykany składnik. Pełna lista balsamów znajduje się na stronie marki Gosh.




Producent obwieszcza: „Balsamy wzbogacone są masłem Shea oraz witaminami E i F, które działają ochronnie na naskórek i utrzymują optymalny poziom nawilżenia skóry”. Czyli klasyka gatunku: Boskie Masło Shea w towarzystwie witaminek ma sprawić, że Twojej skórze zrobi się mokro i przyjemnie. Od kiedy wypróbowałam zachwalany w naprawdę wielu recenzjach krem Isany z shea i kakao, odczuwam miętę do Boskiego Masła. No bo jeżeli ONO występuje w składzie, balsam MUSI być okej. Ale nie ten, Body Mo:ist jest mocno taki sobie, żeby nie powiedzieć – cienki.

Zapach leniwie wydobywający się z tuby jest bardzo ładny. Nie powiedziałabym, że to czerwona porzeczka, ale w sumie nie mam pojęcia, jak też ona mogłaby pachnieć uwięziona w balsamie. Tu jest owocowo-orzeźwiająco i mnie to satysfakcjonuje. Na skórze w trakcie rozsmarowywania wciąż przyjemnie, a po wchłonięciu pozostaje mało intensywna zapachowa powłoka, która jest już raczej odległą wariacją na temat porzeczki. Nie musiałam się długo zastanawiać, z czym mi się to kojarzy, bo właśnie jestem w trakcie realizacji Wielkiego Stopowego Planu Naprawczego. Oto całe me ciało otula aromat kremu na popękane pięty! No i co, nie śmierdzi ten mój krem, więc nie mogę się przyczepić. Zastanawiam się tylko, czy na pewno zapachu stóp (mimo że zadbanych) spodziewam się po perfumowanym balsamie...

Jeżeli chodzi o inne techniczne aspekty, to jest raczej nieciekawie. Balsam ma rzadką konsystencję i prędko wycieka, a wręcz ucieka z tuby, co jest dla mnie mało sympatyczne, ponieważ muszę go gonić. Na szczęście gdy zostanie złapany i wsmarowany, wchłania się bardzo szybko, nie zostawia filmu, a skóra pozostaje lekko wygładzona. Niestety, o nawilżeniu nie ma co marzyć. Boskiego Masła musi tam być naprawdę tyci tyci, bo znajduje się w drugiej połowie składu, nawet po perfumach. A do tego po dwóch użyciach na całe ciało w tubie zostało o, tyle:

„O, tyle” oznacza nieco ponad połowę opakowania,
myślę, że cała tuba wystarcza na góra pięć porządnych smarowań
(wow, jak ona to policzyła!).

Widziałam na stronie Gosh, że ta seria balsamów nie znajduje się w ich sprzedażowym Top 10 i wcale mnie to nie dziwi.

Plusy:
– zapach (przynajmniej do pewnego momentu powinien być obiektywnie ładny),
– wygładzenie skóry.

Minusy:
– konsystencja nieodpowiednia do formy opakowania,
– wydajność,
– brak nawilżenia.

Pojemność: 150 ml
Cena: w promocji 12,99 zł, bez promocji ok. 15 zł
Ocena: 2/6

środa, 1 maja 2013

Essence – Nude Glam nr 05 – Café Olé [recenzja]

Spośród sześciu dostępnych odcieni Nude Glam wybrałam wersję najciemniejszą, czyli Café Olé. Bardzo potrzebowałam takiego koloru – ciemnobeżowego, kawy z mlekiem, jakby go nie nazwać – właśnie takiego pragnęły moje paznokcie. Ucieszyłam się, że Essence ma go w ofercie, bo chcę poznać  lepiej tę firmę i się z nią zakumplować.

I cóż? Obawiam się, że sróż. Lakier bardzo ładnie aplikuje się grubaśnym pędzelkiem, który ma w sobie najlepsze możliwe cechy: jest płaski, szeroki i ma zaokrąglony brzeg, więc szybko i sprawnie można nim manewrować. Nude Glam jest gęsty (z każdym kolejnym malowaniem coraz gęstszy niestety), dobrze kryje, prawie nie smuży i już jedna warstwa pozwala opuścić dom bez wstydu, a dwie to pełnowymiarowa elegancja francja. Podoba mi się też, że na paznokciach wygląda praktycznie tak samo jak w butelce:



Tylko cóż mi po tym, jeśli po kilkunastu godzinach już są odpryski na końcach? Co tam odpryski, następnego dnia rano witają mnie całe odrywające się płaty!

Nie poddałam się łatwo, poczyniłam kolejną próbę, wszystko od nowa, carta blanc, tabula rasa itd. Za drugim razem nawet trochę oszukiwałam dla dobra sprawy – nie drapałam się po głowie*, zmywanie brudnego garnka zostawiłam małżonkowi, użyłam żelu pod prysznic z pompką i nawet nie umyłam włosów. I co? I nic, następnego dnia mój Nude Glam odchodził w płatach, tyle że po południu.

Tak bardzo zależało mi na powodzeniu, że do ostatecznego starcia przygotowałam się należycie. Żadnego oliwkowania skórek, coby nie zatłuścić, następnie base coat, potem jedna fachowa warstwa Nude Glama, a na koniec top coat. Na wszelki wypadek tego dnia nie oskrobałam marchewki do zupy i nie wyszorowałam muszli klozetowej, mimo że była moja kolej. To było wczoraj rano. Dzięki temu dziś mam piękny Nude Glam na paznokciach. Efekty oceńcie same:

Zdjęcie na tle przyciągającego uwagę kwiatka.

To co, ile gwiazdek przyznajemy?

Plusy:
– kolor, pędzelek, krycie.

Minusy:
– szybkie gęstnienie i trwałość.

Pojemność: 8 ml
Cena: ok. 6 zł
Ocena: we własnym zakresie.


*ni po dupie.