poniedziałek, 29 kwietnia 2013

L'Occitane – Perfumy w kremie Cherry Blossom – kwiat wiśni [recenzja]

Perfumy w kremie to interesująca koncepcja. Znam perfumowane balsamy (m.in. 5th Avenue i Green Tea Elizabeth Arden), ale kosmetyk o konsystencji pomadki ochronnej do ust, zamknięty w maleńkiej metalowej puszeczce, to dla mnie całkowita nowość. W czasie mojej pierwszej wizyty w salonie L'Occitane, którą opisywałam tutaj, nie miałam oczywiście zamiaru zapakować tego uroczego minipudełeczka do koszyka, ale dałam się złapać jak łasuch na batony tuż przy kasie.




Zawartość określiłabym jako „dyskretny urok burżuazji”. I choć w surrealistycznej czarnej komedii Luisa Buñuela o tym samym tytule grupa ludzi z wyższych sfer próbuje zjeść wspólnie posiłek i nie ma to nic wspólnego z zapachem kwiatu wiśni, ten tytuł idealnie pasuje do koncepcji perfumowanej wazeliny. No właśnie, bo ja się znowu przyczepię do nazewnictwa – to nie jest krem, tylko najzwyklejsza wazelina w postaci zwartego wosku.



Nie zawiera alkoholu, jest delikatna. Po nałożeniu pozostawia cienką tłustą warstwę, która potrzebuje trochę czasu do całkowitego wchłonięcia. Najlepiej aplikować ją na nadgarstki i za uszami, czyli w tradycyjne perfumolubne miejsca, gdzie skóra jest najdelikatniejsza i najpiękniej przyjmuje wszelkie aromaty. Zapach wiejsko-babciny, kwiatowy i przyjemnie słodki (ale nieduszący), więc pisząc o burżuazji, mam raczej na myśli mało promocyjną cenę jak na tę niezobowiązującą ciekawostkę. Nuta zapachowa nie każdemu przypadnie do gustu, jest również nie w moim guście, a mimo to z przyjemnością korzystam sobie od czasu do czasu z tego wynalazku. Na początku wydawało mi się, że gra nie jest warta świeczki, bo kosmetyk pachnie mało intensywnie. Faktycznie, po nasmarowaniu strategicznych miejsc nie unosi się za nami perfumowana chmura (właściwie nic się za nami nie unosi), ale nie o to chodzi w „dyskretnym uroku burżuazji”, prawda? :). Zapach trzyma się bardzo blisko skóry, jest jednak wyraźnie wyczuwalny. Trwałość nie powala, ale też nie rozczarowuje. Po trzech-czterech godzinach nadgarstki już nie pachną, ale za uszami delikatna nuta jest ciągle obecna – wprawdzie niewyczuwalna przez wyperfumowaną damę, ale gdyby tematem zainteresował się jakiś miły dżentelmen...

To ciekawa propozycja na spokojny, domowy dzień albo na wakacje, ale oczywiście nie zastąpi tradycyjnych perfum czy perfumowanych wód. Ta linia zapachowa jest mało elegancka, dlatego poleciłabym ją jako codzienny życioumilacz, na pewno nie na oficjalne, wieczorne występy. Pasuje też młodym dziewczętom, przynajmniej tym wciąż nieskalanym agresywnymi kosmetykami. Dla mnie to tylko ciekawy bajerek i raczej jednorazowa przygoda.

PS Ciekawe, czemu moje perfumy znajdują się w okrągłym blaszaku – na stronie producenta i w kilku innych miejscach widziałam je w pudełku w kształcie serduszka.

Plusy:
– wysoka wydajność,
– estetyczne, małe opakowanie, zajmuje mało miejsca w torebce.

Minusy:
– wietrzeje dużo szybciej od tradycyjnych perfum,
– cena.


Pojemność: 10 ml
Cena: 39 zł
Ocena: 4/6

środa, 24 kwietnia 2013

No to i ja sięgnęłam dna...

...a właściwie denka, już nie bądźmy tacy ordynarni. Zastanawiałam się przez dłuższą chwilę, po co w ogóle denkujecie. Przecież każdy używa i zużywa, potem wywala puste opakowania i po temacie. Czy trzeba to obwieszczać całemu światu? Potem pomyślałam: ha! już wiem, to przecież tak jak z achievementami w grach – przeczytam tutorial: plus 10 punktów, pokonam strasznego potwora: plus 20. Co więcej, to tak jak z coraz większą liczbą rzeczy we współczesnym świecie: przesłuchałam płytę  – już jest przescrobblowana na Last.fm, przeczytałam książkę – dodaję ją do LubimyCzytac.pl albo do Goodreadsa (koniecznie z gwiazdkami!), schudłam kilogram – przesuwam suwaczek, dziecku wyszedł ząbek – zaznaczam w albumie. Rozegrałam grę planszową i natychmiast dodaję rozgrywkę do BoardGameGeeka*, a dlaczego? Bo to są TROFEA. Jeśli krem tak po prostu się skończy, a ja wyrzucę opakowanie, to tak jakby moje regularne smarowanie nie miało żadnego znaczenia. Nie liczy się! Przyznajcie się, czy to nie tak ;) Wiem, że idea jest nieco inna – trzymać w ryzach swój zakupoholizm i ćwiczyć systematyczność. Pierwszy cel u mnie w ogóle nie został osiągnięty, ale drugi – jak najbardziej. Nigdy w życiu nie byłam tak wypielęgnowana, a przecież mam na to teraz mniej czasu niż kiedykolwiek :). No to zdenkuję i ja.



Nivea – Natural Oil – pielęgnujący olejek pod prysznic – mimo nieco peerelowskiego aromatu olejek jest rewelacyjny. Nawilża, jest wydajny, pod prysznicem mocno zachęca do oddania się wszelkim perwersjom. Szkoda, że nie pachnie Dalekim Wschodem tylko tym najbliższym, ale i tak kupię go jeszcze nie raz.

Dairy Fun – Bath Gel – truskawka – co za smutna historia z tą truskawką! Żel wydawał się pewnym zwycięzcą w moim konkursie na idealnie truskawkowy kosmetyk myjący, był najwierniejszy oryginałowi pośród marnych zapachowo konkurentów, aż tu nagle po kilku tygodniach stosowania stało się coś okropnego: wylałam go na rękę i do moich nozdrzy dotarł fatalny smród. Nie wiem, co to – szmata do podłogi? zbutwiały ręcznik? Z truskawką ma tyle wspólnego co ja z łyżwiarstwem figurowym. Jak on mógł mi to zrobić!? Nie kupię, <foch>. No i oczywiście nie zużyłam do końca, ale muszla klozetowa była całkiem zadowolona i spieniła się z radości.

The Body Shop – Coconut Shower Cream (400 ml) – żel dostałam kiedyś za 1 gr (a może złoty?) w promocji w TBS i chociaż nie jestem oddaną fanką kokosowych kosmetyków, miło z nim spędziłam czas. Trochę się dłużył, bo pod prysznicem lubię romansować z kilkoma żelami (byle nie naraz), ale było naprawdę fajnie – zapach prawdziwie kokosowy, konsystencja gęsta, żelowo-kremowa, pienił się przyzwoicie, nie zepsuł do samego końca (co jest niestety dość częste w przypadku kosmetyków TBS, masełka w tym przodują, patrz niżej), okazał się aż za bardzo wydajny. Może kupię ponownie, wprawdzie wolę inne zapachy w kąpieli, ale jeżeli znowu pozwolą mi zapłacić za niego miedziakiem... :)

The Body Shop – Chocomania – Chocolate Body Butter – pisałam o tym masełku tutaj. Zima się skończyła, więc czas na orzeźwiające zapachy, ale swoje zadanie spełnił – nawilżał i sprawiał, że miałam ochotę zjeść samą siebie, tylko na koniec odwalił numer: w czasie finałowego smarowania podśmierdywał starą skarpetą, a na ciele rozwarstwił się na rolki i tłuste kropelki. Słowem: wziął i skisł. Prawdopodobnie stał otwarty trochę za długo, ale to było naprawdę niemiłe z jego strony. Może kupię jeszcze raz, ale pewna nie jestem, bo zdradziłam go z o wiele tańszą Farmoną.

Farmona – Sweet Secret – czekoladowo-pistacjowe masło do ciała – nawilża gorzej niż wspomniana wyżej Chocomania z TBS, ale ma tak smakowity zapach, że to aż głupie i absurdalne. Uwielbiam to masło i nawet gdyby nie miało żadnych właściwości pielęgnujących, pewnie używałabym go nadal. Kupię.

Perfecta SPA – wyszczuplający mus do ciała – czarna porzeczka – recenzja tu, a ja powiem tylko, że mimo wielu rozczarowań w związku z tym musem-niemusem, COŚ w nim jest. Niestety, zbyt małe coś, żebym zdecydowała się na kolejne opakowanie. Nie kupię ponownie.

Ziaja – De-makijaż uniwersalny – to ten jednofazowy za parę złotych. Taka sobie woda, którą można zmyć oczy, krzywdy mi nigdy nie zrobił, zużyłam już parę opakowań, ale skoro mojej ulubionej wodoodpornej kredki Yves Rocher zmyć nie umie, a i wobec niewodoodpornych kosmetyków jest... oporny, pewnie nie kupię go ponownie. Do tej pory wrzucałam do koszyka z przyzwyczajenia i z powodu łatwej dostępności, ale dupy nie urywa, więc po co mi on?

Pharmaceris M – Bust Firm – ujędrniający krem do pielęgnacji biustu – dostałam od koleżanki, gdy chadzałam z T. w brzuchu, miał zadbać o mój biust w ciąży i w okresie karmienia. Ma wygodną pompkę, nie jest tłusty, szybko się wchłania, w składzie wit. E, D-panthenol, alantoina i olej z rzepaku – to który z tych składników miał ujędrniać? Nie zauważyłam działania, ale dosmarowałam grzecznie do końca. Kiedy go wcierałam, czułam się jak na eksperymencie, w którym ktoś podaje mi placebo, a ja nie daję się złapać. Wprawdzie piersi nie wiszą mi do kolan, ale nie sądzę, by było to zasługą tego kremu. Więcej nie kupię.

To tyle w dzisiejszym odcinku, pozdrawiam wiosennie! :)



*tak naprawdę nie robię tych wszystkich rzeczy. Robię prawie wszystkie.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Essence – XXXL Shine Lipgloss – 07 Big Night Out [recenzja]

To moje pierwsze zetknięcie z niemiecką firmą Essence, o której w blogosferze huczy. Niestety, od kilkunastu miesięcy nie byłam na bieżąco z szafami w Rossmannach i innych Super-Pharmach, ponieważ robiłam specjalizację z kremów na odparzony tyłek i rodzajów kaszek ryżowych, ale jak tylko udało mi się wyrwać z domu, poleciałam do wspomnianego SP. A tam stoisko Essence. Jako żywo! Na początku byłam nieco podejrzliwa, ale im dłużej tam stałam, tym więcej rzeczy odkrywałam. Teraz już wiem, że wypróbuję wiele z tej szafy, póki co zaczęłam skromnie – od niewinnego błyszczyka. No dobra, w pudle czeka jeszcze kilka innych przedmiotów z logo na E, ale szszszszsz...




A błyszczyk, jak to on: błyszczy, drobinki się ładnie mienią, a odcień, który wybrałam, czyli połyskujący, dość ciemny róż, podkreśla delikatnie naturalny kolor moich ust. Ma przyjemny, błyszczykowy zapach, zwyczajny błyszczykowy gąbkowy aplikator i ładnie się rozprowadza. O ile nie skonsumuję czegoś niedługo po aplikacji, trzyma się na ustach bardzo przyzwoicie – od samego rozmawiania i oblizywania warg w trakcie nie zmazał się przez trzy godziny, a to chyba całkiem fajny wynik. Oczywiście dość szybko błysk przestaje być XXXL, ale kiedy nieco zejdzie z ust ta mokra, błyszcząca warstwa, zostaje bardzo elegancki półmat i to on tak długo tkwi i robi dobre wrażenie.

tutaj jeszcze w wersji XXXL

Wyróżniam dwa podstawowe rodzaje błyszczyków: mocno błyszcząco-klejące (znakomita większość tubek z małym otworkiem lub butelek z pędzelkami z plastikowym włosiem) i błyszcząco-kremowe (te w wąskich, „tuszowych” buteleczkach z gąbkowym aplikatorem). XXXL Shine Lipgloss należy do drugiego typu – bardziej pomadkowego, takich używam częściej. Kolor 07 Big Night Out ładnie wykańcza mocny makijaż oka, ale pasuje też do delikatnie maźniętych tuszem rzęs. Podoba mi się ten wyraźnie widoczny, a jednak dyskretny kolor. Na pewno na bladych ustach w tonacji brzoskwiniowej będzie wydawał się całkiem konkretny. Cała seria XXXL Shine oszałamia różnorodnością odcieni. Stałam przy tej szafie z 10 minut i nie umiałam się zdecydować na jeden kolor – tyle ich tam było*!

Co jeszcze mogę o nim powiedzieć? Nie wysusza ust, ale nie ma też mowy o żadnym sensownym nawilżeniu. Nie ma właściwości natłuszczających (jak to zwykle u drugiego typu), więc na mrozie usta spierzchną, ale na szczęście przez kolejne pół roku to nie powinno stanowić problemu. Czytałam opinie nieco rozczarowanych dziewcząt, które narzekały na to, że nie widzą efektu powiększenia ust. Ani na samym błyszczyku, ani na stronie producenta nie ma informacji o tym, jakoby posiadał magiczne zdolności powiększające – rozmiar XXXL opisuje tylko skalę połysku, choć to chyba faktycznie mało udane określenie, bo – jak widać – wprowadza w błąd.

Z pierwszego spotkania z Essence wychodzę zadowolona, oby dalej było równie dobrze.


Plusy:
– dobra jakość w przystępnej cenie,
– duży wybór kolorów w serii XXXL Shine,
– łatwo się rozprowadza,
– nie śmierdzi.

Minusy:
– napisy na opakowaniu natychmiast się zdrapują.

Pojemność: 5 ml
Cena: 6,5–8 zł
Ocena: 5/6


*tyle ich tam było = 14 odcieni

piątek, 19 kwietnia 2013

Yves Rocher – Stylo Regard Waterproof – wodoodporna kredka do oczu – czarna [recenzja]

Kredek do oczu zużywam DUŻO. Nie ma opcji, żebyście spotkali mnie na ulicy bez czarnej kreski pod okiem (jednym i drugim zresztą). Mogłabym iść po mleko do osiedlowego spożywczaka w klapkach, dresie i z tłustymi włosami (mimo wszystko staram się nie...), ale nie ma mowy, żeby kontur oka nie został podkreślony. Na noc nie zmywam oczu do końca, a jeśli już to zrobię, zaraz maluję kolejne kreski, tylko delikatniejsze (używam do tego najtwardszych i najmniej czarnych konturówek, jakie mam). Ta głupia kreska na dolnej linii wodnej to mój ostatni bastion kobiecości – dwa tygodnie na patologii ciąży przeleżałam z opuchniętymi nogami, bladą cerą i... pomalowanymi oczami, nawet syna przywitałam na świecie umalowana! No okej, przyznaję, nie zasapałam się przy tym i nie napociłam, bo po prostu zostałam pocięta, ale jeśli miałby przyjść na świat siłami natury, jestem pewna, że również nie byłoby wstydu. W końcu moja kredka jest wodoodporna :). A oto dzisiejsza bohaterka:



Nigdy bym nie wpadła na to, że moja ulubiona, najchętniej używana kredka będzie pochodziła z salonu Yver Rocher. Prawdopodobnie dlatego, że bardzo rzadko tam zaglądam, a jeśli już, to głównie interesują mnie ich pięknie pachnące kosmetyki pielęgnacyjne i myjące. 

Kredka Stylo Regard Waterproof jest dostępna w sześciu kolorach: czarnym, fioletowym, turkusowym, zielonym, miedzianym i niebieskim. Dopiero gdy zabrałam się za pisanie tej recenzji, dowiedziałam się, że posiada w składzie łagodzący wyciąg z rumianku. Miło, ale rumianek to jeszcze nic: „Kredka zawiera jednocześnie temperówkę (w wyjmowanej końcówce) – praktyczne rozwiązanie i zawsze gwarancja precyzyjnego nałożenia”. Jaką znowu temperówkę? I po co, przecież jest wykręcana! Od razu pobiegłam sprawdzić i okazało się, że na końcu znajduje się po prostu plastikowy odlew, w który można włożyć końcówkę i wyprofilować ją nieco. Nie miałam pojęcia o istnieniu magicznej temperówki i jakoś nieszczególnie jej potrzebuję – grubość wkładu jest akuratna do moich potrzeb, ale i tak fajny bajerek.

1. L'Oréal – Contour Khôl, 2. Yves Rocher, 3. Lovely – Eye Liner (ta z temperówką)

Jak widać na załączonym obrazku, Stylo Regard kolorystycznie jest ot, takim sobie średniakiem.  Trochę jej brakuje do intensywnej czerni, ale nie jest też blada. Mnie ten kolor bardzo odpowiada – świetnie nadaje się do dziennego makijażu, a jeśli potrzebuję coś ostrzejszego, po prostu muszę się więcej namachać i wtedy wychodzi piękna, mocna czerń. 

Jej wodoodporność nie jest ekstremalna, ale łzy czy deszcz nie rozmazują oka, więc za to kolejny plus. Poza tym trzyma się długo, bo mimo że często pocieram oczy i sobie w nich grzebię (samo jakoś wychodzi, nie chcę, ale muszę itd.), wieczorem nadal są podkreślone, po prostu kolor jest już (nieco) mniej intensywny. Kredka jest dość miękka, ale też na tyle kremowo-tłusta, że nie ma mowy o nałożeniu zbyt grubej warstwy czy ułamaniu się wkładu. Łatwa w aplikacji, nie rozmazuje się, no i starcza na długo – mimo intensywnego używania od kilku miesięcy, nadal zostało jej duuuuuuuuużo. 

Bardzo, bardzo polecam! 

Plusy:
– wykręcany wkład, nie trzeba babrać się w konturówkowych smolisto-tłustych obierkach,
– wodoodporność,
– trwałość,
– wysoka wydajność,
– możliwość doboru intensywności koloru,


Minusy:
– cena mogłaby być niższa, ale za taką jakość i tak warto, poza tym w YR często są promocje, więc można upolować ją taniej.

Cena: 26 zł (za 0,3 g)
Ocena: 6/6

środa, 17 kwietnia 2013

Z cyklu: Ale to już było i nie wróci więcej...

Ostatnio dopadł mnie nieco melancholijny nastrój i zaczęłam tęsknić za tym, co było i nie wróci. Tyle fajnych kosmetyków wyleciało już z produkcji! Wkurzają mnie limitowane edycje – z jednej strony chętnie je kupuję, bo nęci ta ich wyjątkowość, a z drugiej zawsze się potem irytuję, gdy okazuje się, że któreś produkty są więcej niż dobre. No bo co, mam kupić zapas na kilka lat, zanim zostaną zdjęte ze sklepowych półek czy po prostu zużyć i zapomnieć? Taka jest idea, prawda? Zużyć, pocieszyć się i zapomnieć, że istniało, bo przecież zaraz wjedzie do szaf nowa limitka. Ale ja mam wrażliwą duszę i takie bezpowrotne rozstania przeżywam bardzo :P. I naprawdę rozważam złożenie sobie uroczystej przysięgi, że nie będę już dotykać produktów limitowanych, bo przecież czego oczy nie widzą... No ale nielimitowane też znikają jak psie kupy pod śniegiem. Niestety.

Najbardziej doskwiera mi wycofanie ze sprzedaży żelu pod prysznic z oliwką winogronową Lirene.



Zakochałam się w tej fioletowej butelce i w jej wnętrzu, zużyłam ze trzy opakowania i już, koniec, nie ma. Skóra po tym oliwkowym żelu pięknie pachniała i była cudownie nawilżona i gładka, produkt był łatwo dostępny, niedrogi i... słabo się sprzedawał. Na pocieszenie zostały mi z tej serii żele z oliwkami z mango, ryżu i bawełny, ale przecież to już nie to samo!

Uczcijmy minutą ciszy smutny fakt zniknięcia tego żelu ze sklepowych półek.
...

Okej, dzięki.
Moja lista kosmetyków nielimitowanych, których już z nami nie ma, jest oczywiście dłuższa, ale wspominanie reszty mogłoby okazać się zbyt bolesne ;). A Wy za czym tęsknicie? Bardzo jestem ciekawa, co jeszcze było, nie wróciło i wywołuje powszechny Weltschmerz.


poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Pierwsze spotkanie z L'Occitane

Wybrałam się wczoraj z mężem do Arkadii po telewizor, a wróciłam z kilkoma drobiazgami z L'Occitane... Spokojnie, tv też z nami przyjechał, ale czekaliśmy na transport akurat pod sklepem pachnącym Prowansją, no to jak miałam nie zajrzeć do środka? :)

To była moja pierwsza wizyta w salonie tej marki. Do tej pory omijałam z daleka, chyba dlatego, że wyglądał jak sklep z tajnymi miksturami dla bardzo bogatych, więc nawet nie miałam śmiałości przestąpić progu i przekonać się, czy mam rację. Cieszę się, że nuda mnie ośmieliła, bo klimat w środku prawdziwie czarodziejski...

L'Occitane faktycznie nie jest na każdą kieszeń. Kosmetyki mają słuszne ceny (choć daleko im jeszcze do tych najdroższych), kilka linii zapachowych elegancko stoi na półkach i widać, że firma raczej walczy o swoich wyznawców, niż próbuje dotrzeć do mas. Czy to dobrze, czy źle, nie mnie oceniać. Ja jestem tylko oczarowana atmosferą wewnątrz – wiejsko-drewnianym wystrojem, stanowiskiem do testowania ichniejszych smarowideł, opakowaniami. Zapachy kosmetyków L'Occitane są zupełnie innego rodzaju niż te, do których jestem przyzwyczajona. To takie swojskie klimaty, czasem bardzo bliskie natury (i naturalnego smrodu), czasem nieco babcine, a czasem po prostu bardzo ładne.

Pierwsze skromne zakupy

Nie pokusiłam się na razie o wypróbowanie poważniejszych prowansalskich kosmetyków pielęgnacyjnych, kupiłam tylko dwa małe kremy do rąk (jeden z limitowanej serii migdałowej) i perfumy w postaci zapachowej wazeliny. No, od czegoś trzeba zacząć. Recenzja migdałowego smarowidła już wkrótce.

Na koniec otrzymałam kopertę z peanem powitalnym Prowansalskiego Klubu Piękna (brzmi trochę jak Klub Różowej Księżniczki), który proponuje mi całkiem przyjemny prezent powitalny, jeżeli w ciągu sześciu tygodni zrobię w ich sekciarskim sklepie zakupy za min. 100 zł.

Używałyście kosmetyków L'Occitane? Polecacie coś konkretnego? Czytałam dobre opinie o kremie do rąk z masłem shea, kto da więcej?

piątek, 12 kwietnia 2013

Joanna / Naturia – Peeling antycellulitowy gruboziarnisty – gorzka pomarańcza [recenzja]

Na pewno wszyscy zainteresowani próbowali już peelingów Joanny w małych buteleczkach, ale właśnie sobie przypomniałam, że mam jeden z nich na półce i postanowiłam się dzisiaj uraczyć. No i napisać, jak wrażenia. Bo od kiedy mam bloga, nie mogę tak po prostu uraczyć się i zapomnieć. Wtedy się nie liczy. Szaleństwo z tym beauty-blogowaniem!

Nigdy nie przykładałam się do peelingowania ciała, bo mi się nie chciało, byłam młoda i (dla niektórych) piękna, i w ogóle po kiego grzyba te peelingi, przecież wystarczy się umyć i wysmarować jakimś pachnącym masełkiem, czyż nie? Kiedyś może tak, ale teraz trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: powoli robię się stara. Na razie tylko starszawa, ale już za chwileczkę, już za momencik będzie mnie dotyczyć półka z kremami anti-ageing 30+, a stąd tylko krok do intensywnie działającego serum przeciwzmarszczkowego, zabiegów odmładzających za bardzo dużo złotówek i mammografii. No to smaruję, wcieram i peelinguję, nie ma wyjścia.



Skoro wszyscy znają peelingi Joanny, to nie będę się rozwodzić. Będzie krótko i na temat. Posiadam wersję z gorzką pomarańczą i bardzo jestem z niej zadowolona. Peelingowanie pod prysznicem to kolejne moje wielkie odkrycie na temat wszechświata zaraz po myciu pod prysznicem twarzy żelem oczyszczającym ;). Dlatego właśnie Joanna i jej miniżel tak fajnie się u mnie sprawdza. Gorzka pomarańcza ma cudowny zapach, drobinki, a raczej – zgodnie z nazwą – grube ziarna dobrze wykonują robotę, trą dość mocno, ale to przecież nie słodkie, urocze masełko, tylko pozbywanie się martwego naskórka. Po peelingu skóra jest cudnie gładka i miła w dotyku, nie jest wysuszona, wszystko jak należy. Nie podoba mi się tylko zbyt mała wydajność – 100 ml to wcale nie tak mało, a po dwóch użyciach na ręce, uda i pośladki już nie ma 1/3. Na temat działania antycellulitowego nie będę się wypowiadać, bo jak wiadomo, nie wystarczy obtarcie sobie dupska gorzką pomarańczą, żeby pomarańczowa skórka poszła precz.

Aha, pamiętam, że parę lat temu równie dobre wrażenie zrobił na mnie peeling myjący Joanny z grepefruitem, więc jego też z czystym sumieniem mogę polecić.

Plusy:

– dobre ścieranie,
– piękny, cytrusowy zapach,
– niska cena,
– łatwa dostępność.

Minusy:

– szybkie zużycie,
– opakowanie nieprzyjazne przy wydobywaniu resztek.

Pojemność: 100 ml
Cena: 6 zł
Ocena: 5/6


czwartek, 11 kwietnia 2013

Original Source – British Strawberry Shower – truskawkowy żel pod prysznic [recenzja]

Producent kosmetyków kąpielowych Original Source (czyli PZ Cussons) ma naprawdę dobrą bajerę. Nowoczesne, młodzieżowe opakowania, zabawne opisy, a do tego członkostwo w Aromatherapy Trade Council, tylko naturalne składniki, bliska współpraca z Vegan Society i nacisk na brak testów na zwierzętach (podobno testują na sobie). Ja też dałam się złapać w sidła fajnych etykiet i jeszcze fajniejszych obietnic zapachowych, dlatego nabyłam najpierw płyn do kąpieli Raspberry& Vanilla (który pachnie bosko, ale o tym kiedy indziej) i przy następnej wizycie w Rossmannie pociekła mi ślina na widok żelu o zapachu brytyjskiej truskawki.

na zdjęciu widać w całej okazałości mój astygmatyzm ;)


Doprawdy nie wiem, jakie są charakterystyczne cechy truskawek z Wielkiej Brytanii. Użyłam Google i wyskoczyła tylko recenzja truskawkowej tabaki (zmielenie dobre, owoc nie wybija się na pierwszy plan, ale aromat nie przypadnie do gustu każdemu) oraz info o tym, że „brytyjscy farmerzy domagają się dopuszczenia do brytyjskiego rynku pracy nowej fali imigrantów spoza UE, bo boją się, że zabraknie im rąk do pracy w związku z rychłym odpływem Rumunów i Bułgarów do lżejszych zajęć”. Myślę, że chodzi po prostu o to, że Original Source ma swój source właśnie w UK, a tam sprzedaż truskawek idzie farmerom świetnie z powodu wbudowanego patriotyzmu lokalnego Brytyjczyków i ich zamiłowania do krajowych produktów. Mieszkańcy Wysp wolą zapłacić więcej funtów i jeść brytyjskie truskawki niż zapłacić mniej funtów i kosztować np. polskich. Podobno. Dlatego założenie, że chętniej kupią żel o zapachu rodzimej truskawki niż obcej, wydaje się całkiem słuszne :).

A ja jak zwykle zbaczam z tematu i zamiast o żelu, to o gospodarce Wielkiej Brytanii... wybaczcie. Jeśli chodzi o żel, to jest beznadziejny. Już opakowanie powinno mi dać do myślenia, ponieważ nie mogłam znaleźć na półce w sklepie takiego, które nie miałoby zaschniętej truskawkowej ulewki. Butla powstała z podłego, twardego plastiku i jest naprawdę niemiła w obsłudze, ale euforię wywołał we mnie zapach żelu w środku, no i wcześniejsze pozytywne doświadczenia z Original Source, dlatego ostatecznie trafił do koszyka.

Pod prysznicem okazało się, że nic nie jest tak, jak być powinno. Po połączeniu z wodą zapach zmienia się nie do poznania. Etykieta głosi: „Pobratymcy Sherlocka co rano zakładają walonki i doglądają owoców, które później zamykamy w żelu”. Nie wspomnieli tylko, że doglądają ananasów zamiast truskawek. Od początku ten smrodek z czymś mi się kojarzył... Odkryłam w końcu, z czym. Jak tylko zejdziecie w IKEI na sam dół, do tej całej rupieciarni kuchennej itd. i dojdziecie do działu ze świecami zapachowymi, nawąchacie się brytyjskiej truskawki na całego. Ja się tam duszę i bardzo szybko uciekam, bo może i pojedyncze świece potrafią ładnie zapachnieć, ale cała ich banda wywołuje we mnie cofkę. Tak więc zapach żelu wymiata. Konsystencja dość rzadka, jak zaczynająca tężeć galaretka, intensywny czerwony kolor długo nie schodzi z rąk (choć oczywiście jest zmywalny), w składzie zaraz po wodzie SLES, a jednak pieni się dość słabo i mam wrażenie, że po myciu skóra jest sucha. Ale tak ogólnie skład w porządku. Nie jestem masochistką (no, może czasami...) i nie widzę żadnego powodu, dla którego miałabym go dalej używać wobec tylu innych cudnie pachnących i mających fajne właściwości kosmetyków myjących.

Żel Original Source na szczęście trafił na rynek jako „seasonal edition”, mam nadzieję, że to synonim „limited edition” i że już niebawem zniknie na zawsze, a wspomnienie o nim zostanie tylko w IKEI w dziale ze świecami... Wciąż poszukuję mojego truskawkowego ideału i mam wielką nadzieję, że kiedyś go znajdę. Zapach jest trudny do odtworzenia, ale przecież nie niemożliwy... prawda?

Plusy:

– brak przykrych składników w recepturze,
na ich WWW jest mapa z dostępnością całego stuffu w Twojej okolicy, więc jeśli wyrazisz zgodę na odkrycie swojego położenia, fajna mapka pokaże Ci, gdzie możesz pobiec po swój wymarzony żel.

Minusy:

– okropny, chemiczny, ananasowy zapach (spoko, sok z ananasa jest w składzie),
– niefajne opakowanie,
– właściwości wysuszające.

Pojemność: 250 ml
Cena: 8,69 zł (w Rossmannie)
Ocena: 1/6 (niestety)


środa, 10 kwietnia 2013

Hipp – Babysanft – Pielęgnacyjny płyn do kąpieli [recenzja]

Dziś trochę nietypowo, bo o kosmetyku mojego syna. Hipp jest z nami od pierwszych chwil życia T. – w szpitalu używali tylko tej firmy, a że młody urodził się miesiąc przed czasem jako dwukilogramowy, delikatny hipotrofik, naprawdę nie chciałam ryzykować w domu i testować na nim specyfików innych marek. Odważyłam się po trzech miesiącach wykąpać go w bezzapachowym żelu Johnson's Baby (taka ze mnie bohaterka!), ale nie lubię kosmetyków bez zapachu, więc szybko wróciliśmy do Hippa. W międzyczasie okazało się, że T. nie ma skłonności do alergii, ale na razie nie widzę sensu zmieniać płynu Babysanft na cokolwiek innego, bo jest świetny!

Płyn do kąpieli Hipp w wersji solo.


Pielęgnacyjnego płynu do kąpieli Hipp Babysanft używamy jako żelu myjącego. Nie wlewam go do wanienki, tylko mydlę skórę malucha niewielką ilością. Jak był najmniejszym z możliwych kurdupli, faktycznie pławił się w tym płynie i nie był wtedy dodatkowo nacierany jakimkolwiek innym żelem czy mydłem, a pachniał ślicznie i skórę miał gładką (jak pupa... zgadnijcie kogo), więc zakładam, że był od tego wystarczająco czysty.
Obecnie mąż, który jest mistrzem kąpielowej ceremonii, polewa obficie T. prosto z gwinta i jest fajnie, ale umówmy się – do umycia niemowlaka tym płynem wystarczy naprawdę niewielka ilość. Tatuś po prostu kąpie syna z ułańską fantazją i obydwaj mają z tego niezłą radochę. Płyn ma aksamitną teksturę, jest niezbyt gęsty, coś jak kremowy żel pod prysznic, dlatego uważam, że używanie go jako żelu jest całkowicie uzasadnione.

Producent się chwali: „Płyn pielęgnuje już podczas kąpieli, zachowuje naturalne pH skóry, sprawia, że skóra dziecka pozostaje delikatna i miękka. Łagodny dla oczu, zawiera wartościowy wyciąg z migdałów. Nie zawiera substancji konserwujących, barwników, oleju mineralnego, mydła i emulgatorów PEG”. Wszystko się zgadza, ale zaznaczam, że nie lałam go sobie do oczu, żeby sprawdzić, czy nie jest drażniący. T. nie ma uwag w tej kwestii.

Płyn do kąpieli Hipp z rodziną.


Dotychczas przetestowaliśmy jeszcze żel do mycia ciała i włosów oraz szampon. Szamponu używamy do dziś, jest bardzo delikatny i nawet nie jestem pewna, czy nie zbyt delikatny, a wielofunkcyjny żel należy pochwalić za wygodną pompkę. No i starczy na pewno na bardzo długo, bo butla ma aż 400 ml, a pompka bardzo poprawia wydajność. Pielęgnacyjny płyn Hipp wygrywa jednak w tym konkursie, bo jako jedyny spośród całej trójki ma wyraźny zapach (łagodny, pachnie jak puder do tyłka). Serio, nie umiem się myć kosmetykami bezzapachowymi – gdzie tu przyjemność? Do tego wydaje mi się, że człowiek po takiej kąpieli nie domył się dokładnie, ale to już nie jest normalne i uznaję to za osobisty problem psychiczny. Wracając do tematu, płyn jest naprawdę doskonały i chętnie bym go podkradła T., gdyby nie fakt, że półka pod prysznicem ugina się pod ciężarem butelek z rozmaitymi środkami o charakterze myjącym, więc nie ma sensu wyrywać biednemu dziecku z maleńkich rączek kolejnego. Boże, jak on się drze, kiedy próbuję mu coś zabrać!

Sanft znaczy lekki, delikatny i właśnie takie są te wszystkie Hippy. Testowane na niemowlętach, zamiast na zwierzętach, więc dla alergiczek jak znalazł! Aha, z rzeczy pokąpielowych mamy z tej serii również pięknie pachnącą oliwkę i mleczko pielęgnacyjne – pachnie jeszcze ładniej niż płyn, ma gęstość i teksturę balsamu, przyjemnie się wciera, choć mogłoby się szybciej wchłaniać, bo mały wiercidupek od dłuższego czasu daje matce na pielęgnację jakieś dziewięć do trzynastu sekund.

Zatem drogie mamy i niemamy, korzystajcie śmiało z płynu Hippa, bo fajny on!  

PS To nie jest tekst sponsorowany, a żeby tego dowieść, napiszę, że obiady po 7. miesiącu są posolone, co jest bardzo niefajne, herbatki są chemiczne, a mój syn nie cierpi waszych słoików, w których jest kalafior!!! No.


Plusy:
– przyjemny zapach, przyjemna konsystencja,
– pozostawia skórę gładką,
– jest bardzo delikatny,
– łatwa dostępność (można go kupić na stronie Hipp, widziałam też w Rossmannie i SuperPharmie).

Minusy:
– ja nie znalazłam, no może butelka jest niezbyt ergonomiczna.

Pojemność: 350 ml
Cena: 17,50 zł (w sklepie online Hipp)
Ocena: 6/6


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Zamiast denka

Wy robicie czyszczenie szafek w ramach denkowania, a ja na razie nieśmiało zafundowałam sobie porządki w mojej kolorówkowej skrzyni. Myślałam, że więcej śmieci uzbieram, a jednak nie było tak źle!


Do kosza trafią naprawdę interesujące wynalazki:

– zestaw do manicure, który był dodatkiem do pewnego miesięcznika dla młodych dziewcząt gdzieś w 2005 roku, a tak się akurat składa, że pracowałam wtedy w owym miesięczniku... Elementy oczywiście najniższej możliwej jakości, nie wiem, po co to w ogóle u mnie leżało,
– pędzelek, którego przez długie lata używałam do nakładania co bardziej upierdliwych błyszczyków i pomadek. Niestety, okazało się, że wymiękł – w przenośni i dosłownie – niegdyś twardy, dziś wygina się w każdą stronę, guma na nim sparciała i mam wrażenie, że za chwilę wysmaruję nim sobie palce, dlatego baj baj bejbi, NAŁ,
maść nagietkowa, którą mama kupiła mi pełna troski w momencie, gdy leżałam na patologii ciąży z coraz większą liczbą siniaków od wkłuć i pogłębiającej się małopłytkowości. Maść nie pomogła, pomogło cesarskie cięcie. Przeterminowała się, a ja nadal nie wiem, do czego właściwie można jej używać (jakieś pomysły?),
błyszczyk Lancôme z limitowanej edycji Juicy Tubes, kolor i smak Rio Peach. Błyszczyk jest/był wspaniały, dostałam go od koleżanek z „Gali”, kiedy odchodziłam z redakcji. Nigdy w życiu nie kupiłabym sobie błyszczyka za 90 zł, więc go oszczędzałam i oszczędzałam... jakość super, nie psuł się bardzo długo, ale minęło już parę lat i mimo że nadal ślicznie pachnie, wolę go już nie używać, bo zdaje się, że kosmetyki do pielęgnacji ust nie miewają sześcioletniej daty ważności... i tyle wyszło z mojego oszczędzania – połowa tubki leci do kosza, a mi żal dupę ściska.

Oprócz tych historyczno-sentymentalnych wspaniałości żegnam:

– przeterminowany krem oliwkowy Ziaja do cery suchej i normalnej – moja mama go używa pod makijaż od wielu lat, dla mnie o wiele za tłusty, ale bardzo lubię ten staroświecki zapach :),
– flamastrowy eyeliner Oriflame Stylo (fajny, ale już skisł, bo na co dzień używam kredek),
– archaiczny korektor Tea Tree Oriflame, który już zdążył zmienić etykietę ze dwa razy, a ja użyłam go razy parę, bo jakoś nie mogłam się oswoić z jego dwoma kolorami (jasnobeżowym i zielonym),
– prawie całkiem zużyta pomadka ochronna Oriflame z serii Tender Care (o wersjach słoiczkowych pisałam tu: klik klik) – jest okej, ale wolę na ustach coś smakowego,
głęboko nawilżająca pomadka LipSpa Therapy Oriflame, która zamiast nawilżać i odżywiać usta, każdorazowo wysuszała je na wiór. Niestety, zanim się zorientowałam, że to jej sprawka, zużyłam ją całą – tak sympatycznie podkreślała naturalny kolor ust... To na pewno najgorsza pomadka ochronna/nawilżająca/odżywcza, jaką miałam,
– na koniec trzy wyschnięte tusze, z czego: Bourjois Effet Liner Effect służył mi przez wiele miesięcy po zużyciu jako szczotka do rozczesywania sklejonych rzęs (spisywał się w tej roli doskonale), Miss Sporty Fabulous Lash okazał się lepszy niż się spodziewałam, ale szybko wysechł, a najmocniejszy z całej trójki – Volume Million Lashes L'Oreal właśnie został wymieniony na nowy egzemplarz, co świadczy o nim jak najlepiej :).

Ufff, to tyle. Posprzątałam w skrzyni, jest miejsce na nowe skarby, a teraz czas doprowadzić do porządku po ciąży/zimie/pierwszych mrocznych miesiącach z niemowlakiem SIEBIE. A roboty jest naprawdę duuuuuuużo...

niedziela, 7 kwietnia 2013

Aquolina – Bagno Doccia bath shower – White Chocolate and Orchid Cream Puff [recenzja]

Produkowane przez włoską firmę Selectiva perfumowane kosmetyki Aquolina mają tak zachęcającą listę dostępnych zapachów, że nie mogłam się zdecydować, od którego zacząć. Firma zapachy nazywa smakami (produkty marki Aquolina są reklamowane pod wspólnym hasłem „The flavour of the skin”), żeby jeszcze bardziej działały na zmysły, a do wyboru jest naprawdę wiele pyszności. Ostatecznie zdecydowałam się na dwa produkty spośród dostępnych w danym momencie: balsam do ciała o zapachu („smaku”) fiołka i pianki marshmallow, a do tego kremowy żel pod prysznic i do kąpieli z nutą białej czekolady i orchidei. Zapachy wybierałam tylko na podstawie opisu, bo zakupy robiłam online. Kiedy już miałam je w ręku, przeżyłam dwie skrajne emocje: poryw serca i wielkie rozczarowanie. Niestety, to drugie dotyczyło właśnie opisywanego dziś kosmetyku...



Ukryty w zgrabnej 250 ml buteleczce płyn po otwarciu zwyczajnie śmierdzi. Naprawdę powinnam puknąć się w głowę – biała czekolada z orchideą nie ma prawa dobrze pachnieć, co to za szalony pomysł?! Seria Aquolina ma jeszcze białą czekoladę solo i ciemną czekoladę, czekoladę z miętą, z kremem, rumem, wiśnią, wanilią i orzechową... a ja akurat musiałam sobie wybrać orchideę. Super extra exclusive shit&vomit fragrance.
Aha, już pamiętam, jak to było: „Poczujesz: uwodzący aromat ptysia z białą czekoladą i orchideą – uczucie ciepła i komfortu”. Jeszcze ten ptyś. Wszystko jasne. Na stronie Aquoliny znajduje się nawet kilka przepisów na smakołyki, których linie zapachowe widnieją na etykietach. Oto przepis na przepyszne ichniejsze ptysie: http://aquolina.it/eng/ricette/bigne_cioccolato. Pytanie za 125 punktów: widzicie wśród składników orchideę? No pewnie że nie, przecież każdy by się od niej porzygał.

Dla dobra mojej recenzji przemogłam się jednak i zaprosiłam mój nowy nabytek pod prysznic. Polewałam się czekoladową orchideą na wdechu i gdy tylko okazało się, że w ogóle nie chce się pienić, zatarłam rączki. Spojrzałam jeszcze szybko na skład: hurra! są parabeny! No, to teraz mogę ze spokojnym sumieniem wystawić mu solidne jeden!

Na koniec recenzja mojego męża, wybitnego specjalisty od zapachów (czy mnie to jeszcze dziwi?): „No co chcesz, nawet ładne”.

Plusy:
– fajna butelka, widać, ile żelu już zeszło.

Minusy:
– zapach (zamiast obłędnego – doprowadzający do obłędu),
– nie pieni się,
– śmierdzi i się nie pieni, a kosztuje ponad 30 zł,
– w butelce znajduje się aż 250 ml.

Pojemność: 250 ml
Cena: 35–38 zł
Ocena: 1/6

sobota, 6 kwietnia 2013

The Body Shop – Chocomania – czekoladowe masło do ciała [recenzja]

Uwielbiam czekoladowo-smakowite kosmetyki, dlatego i u mnie nie mogło zabraknąć czekolady prosto z bodyshopowego słoika. Po wycofanym ze sprzedaży kremie Dax Cosmetics długo nosiłam żałobę i używałam mazideł z innych linii zapachowych, no ale w końcu trzeba się otrząsnąć, prawda? :)


Masło z serii Chocomania jest zdecydowanie jesienno-zimowe (czyli nadawało się doskonale przez ostatnie pół roku i – no proszę – wciąż się nadaje!). Ciężka, zwarta konsystencja i bardzo intensywny zapach nie komponują się zupełnie z żarem z nieba – co innego zaraz po gorącej kąpieli i tuż przed kubkiem równie gorącej herbaty... Tak, tak, właśnie w takich okolicznościach piszę tę recenzję. 6 kwietnia zimą.

Czekoladka z Body Shopu rozprowadza się nieźle, ale kiedy chcę posmarować większą partię ciała, z opakowania wyjmuję kawałki masła (podobnie jest z TBS-owym Shea Body Butter) i mimo obłędnego zapachu mam poczucie, że nie tak powinien wyglądać mój czekoladowy rytuał. Wolałabym bardziej jednolitą teksturę, no i jeszcze, żeby masło szybciej się wchłaniało i nie rolowało potem na skórze. To zdaje się już koniec mojego czepialstwa. Bo cała reszta jest naprawdę super!

Zapach ciemnej czekolady z wyraźną nutą orzechową po wsmarowaniu pozostaje cudownie przyjemny, utrzymuje się przez wiele godzin. Posmarowana wieczorem, wciąż słodko pachnę rano, dyskretnie, ale jednak! TBS obiecuje aż 48-godzinne nawilżenie, co brzmi równie pięknie, co nieprawdopodobnie. Nie wiem zresztą, jak mam odbierać to zapewnienie. Przy kremowaniu się co drugi dzień nie mam oczywiście wysuszonej na wiór skóry, ale też w drugiej dobie nie odczuwam szczególnego nawilżenia. Tak czy inaczej nawilżanie jest tu zadowalające i to miłośnikom czekolady musi wystarczyć.

Producent puszy się na swojej www, że po raz pierwszy w składzie zawarł aż 13 składników pochodzących z Community Fair Trade, czyli etycznej wymiany handlowej. Wśród nich mamy: gwatemalski organiczny wyciąg z aloesu, olej z palmy babassu (Brazylia) i brazylijskich orzechów (Peru), masło kokosowe z Ghany i masło shea wytwarzane przez Tungteiya Women’s Shea Butter Association (to musi być jakieś naprawdę niszowe stowarzyszenie...). Wiedza niekoniecznie niezbędna, ale po jej przyswojeniu jeszcze milej wciera mi się to masło. No wiecie, owoc pracy wielu rąk, ekologia, pomoc biednym i tak dalej. Mam nadzieję, że to właśnie z tego powodu płacę za 200 ml kremu aż 69 zł.

Ile razy odkręcam słoik, tyle razy jestem zła na siebie, że funduję sobie takie masochistyczne przyjemności. Bo za fakt, że to cudownie pachnące masełko w kolorze cafe latte jest niejadalne, powinnam odjąć przynajmniej jedną gwiazdkę! Niestety, producent stawia sprawę jasno: „Wear it, love it, but don't eat it”.

Plusy:
– uwodzący zapach,
– przyzwoite nawilżenie,
– cieszące oko opakowanie.

Minusy:
– cena,
– niejadalność! 

Pojemność: 200 ml (192 g)
Cena: 69 zł
Ocena: 4/6

piątek, 5 kwietnia 2013

Pharmaceris T – Puri-Sebogel – antybakteryjny żel myjący do twarzy [recenzja]

Przez długie lata nie używałam żeli myjących do twarzy, bo nie chciało mi się bawić w mozolne zmywanie piany nad umywalką. Wystarczał płatek kosmetyczny nasączony tonikiem. Kiedyś jednak skusiłam się na żel L'Oréal Pure Zone i byłam zszokowana tym, jak może wyglądać dokładnie oczyszczona skóra twarzy. Takie porządne oczyszczanie fundowałam sobie od czasu do czasu, bo nadal ciężko było zmobilizować się do walki ze spienioną twarzą. Aż pewnego dnia nadeszło Prawdziwe Olśnienie Blondynki: a może by tak używać tego żelu pod prysznicem?! Dacie wiarę, że wpadłam na to dopiero jako dwudziestoparoletnia kobieta? Dobrze, że w innych tematach w życiu bywam bardziej lotna...

Od czasu słynnego olśnienia żel myjący do twarzy jest moim kąpielowym przyjacielem i lubimy się bardzo. Pharmaceris Puri-Sebogel przeznaczony jest do cery trądzikowej, ale postanowiłam go wypróbować, bo moja strefa T jest bardzo tłusta i często przytrafiają mi się pojedyncze brzydkie wypryski od zanieczyszczeń i potu. Producent obiecuje oczyszczenie i zmatowienie skóry, więc dla mnie jak znalazł.



Żel nie jest zbyt gęsty, ale wystarczająco, żeby nie rozlewać się po rękach w niekontrolowany sposób. Wystarczy naprawdę niewielka ilość do dokładnego umycia całej twarzy, dlatego oceniam jego wydajność wysoko. Słabo się pieni, zapach charakterystyczny dla linii hipoalergicznych, czyli prawie żaden. Uwielbiam pięknie pachnące kosmetyki, a przynajmniej pachnące „kosmetykowo”, więc tu na starcie małe rozczarowanie.

Na opakowaniu widnieje optymistyczne stwierdzenie, że po umyciu moja skóra będzie dobrze oczyszczona, matowa i... nawilżona. Nie wiem, skąd ten pomysł, bo skład wcale na to nie wskazuje. Faktycznie o nawilżeniu nie ma mowy, a wręcz mam wrażenie, że wyraźnie odczuwalny efekt ściągnięcia jest związany z przesuszeniem naskórka. Jeszcze zanim zaczęłam na potrzeby bloga analizować właściwości Puri-Sebogelu, bez zastanowienia zaraz po umyciu twarzy wspomnianym żelem każdorazowo aplikowałam sobie krem nawilżający. Co oznacza, że efekt matowienia można pominąć, skoro chwilę po jego uzyskaniu własnoręcznie go niszczę. Jeśli chodzi o właściwości myjące, są tylko i aż przyzwoite. Skóra jest gładka i oczyszczona, ale nie tak dokładnie jak choćby po wspomnianym wcześniej Pure Zone L'Oréal Paris (którego już nie ma w ofercie marki, ale o tym innym razem). Słowem: kosmetyk jest co najwyżej przeciętny, ma pewne poważne wady, a wśród nich jedną największą: skład.

Tu już naprawdę będzie niemiło. Kwas migdałowy, salicylan sodowy i wosk z mango to składniki, którymi producent (Laboratorium Kosmetyczne Dr Irena Eris) chwali się na przodzie butelki. Salicylan złuszcza naskórek, kwas migdałowy reguluje wydzielanie sebum, ale do czego ma służyć wosk z mango, tego się niestety nie dowiedziałam. To, co mnie poważnie zaniepokoiło po przeczytaniu składu, to zawartość alcohol denat., mającego silne właściwości wysuszające, a poza tym to naprawdę syf, którego lepiej żeby nie było w kosmetyku aplikowanym na twarz! Na blogu Siempre la belleza przeczytałam bardzo ważny tekst dotyczący alkoholi w kosmetykach, w którym autorka zamiast straszyć, uspokaja. Większość alkoholi jest zupełnie nieszkodliwych, niektóre bardzo pomocne, ale akurat słówko denat. widnieje na skromnej liście substancji zakazanych. Niestety, na etykiecie Puri-Sebogelu widnieje jeszcze jeden z niechlubnej listy – chodzi o Lauryl Alcohol, który w większych ilościach może zatykać pory i powodować wypryski. No halo, jakim cudem taka substancja znalazła się w żelu PRZECIW wypryskom?? Do tej pory nie analizowałam składu kosmetyków zbyt uważnie. Żaden ze mnie chemik ni znawca, ale jak widać, na pewne rzeczy warto zwracać uwagę przynajmniej w sytuacji, gdy kosmetyk nie spełnia oczekiwań...

Żel myjący do twarzy Pharmacerisu można nabyć w aptekach, ale osobiście zamierzam trzymać się od niego z daleka. Jest tyle porządnych kosmetyków tego typu na rynku, że tym podejrzanym wynalazkiem naprawdę nie warto zawracać sobie głowy.


Plusy:

– wydajność,
– przezroczyste opakowanie, pozwalające kontrolować zużycie.

Minusy:

– nieprzyjemny (niebezpieczny?) skład,
– zapach,
– właściwości wysuszające,
– dostępność (to akurat może być plus...).

Pojemność: 200 ml
Cena: 20–24 zł
Ocena: 2/6

O wyszczuplającym science fiction


Chciałabym wierzyć, że kremy wyszczuplają. Przez chwilę nawet wierzyłam, ale po dwóch tygodniach wcierania jednego z nich zabrakło mi systematyczności i odpuściłam. Efektów oczywiście żadnych, ale producent zapewniał, że zmianę zauważę najwcześniej po czterech tygodniach solidnego wcierania po dwa razy dziennie. Na niektórych kosmetykach widnieje nawet informacja, że efekty pojawią się dopiero za półtora miesiąca.

Nie wątpię, że kofeina z L-karnityną przyspieszają spalanie tkanki tłuszczowej, ale zawsze w przypadku kremów/maseł/musów do ciała będę podchodzić sceptycznie do tego typu rewelacji. Bo dla mnie to są marketingowe brednie, mające zachęcić konsumenta do sumiennego codziennego wcierania kremiku i dokupowania kolejnych opakowań, a tych trzeba kupić całkiem sporo, bo dwukrotne smarowanie dużych partii ciała dzień w dzień zużywa tuby i słoiki o wiele szybciej, niż użytkowniczki zakładają. Wiem po sobie.

Etykiety, fora i inni życzliwi uprzejmie donoszą, że najlepsze rezultaty osiągniemy, wcierając kremy, które „swoje muszą kosztować”, bo inaczej to pic na wodę fotomontaż. Więc potencjalna konsumentka kupuje – w zależności od zasobności portfela – te droższe lub całkiem drogie, a jak kupiła tanie i nie zadziałało, to przynajmniej wie, dlaczego, prawda? Jeśli wymięka po czterech tygodniach wcierania, bo nie widać efektów, dowiaduje się z opakowania, że to dlatego, że zabrakło jej jeszcze dwóch (tygodni, tub, słoików). A poza tym to wyraźnie było napisane, że najlepsze rezultaty osiągnie, jeśli do kremu dokupi jeszcze scrub lub żel pod prysznic z peelingiem tej samej firmy. Czyli jeśli specyfik nie zadziała, konsumentka sama jest sobie winna. Jakby nie patrzeć!

No to teraz załóżmy bardziej optymistyczny scenariusz. Konsumentka przez bite sześć tygodni stosowała się do zaleceń producenta i widzi efekty! O, na przykład dwa centymetry w talii mniej. Co dalej? To niewiele, ale przecież na dwóch centymetrach nie chce poprzestawać, poza tym producent zaznaczył, że po tych kilku tygodniach dopiero będzie widać jakiekolwiek efekty. Nic nie było o spektakularnym sukcesie. To oznacza, że musi kupić następne opakowania, no, jeszcze tylko kilka i będzie wspaniale. O ile wytrwa i sumiennie będzie wcierać kremy, scruby i nie zapomni ani o porannym, ani wieczornym rytuale.

A teraz wisienka na torcie. Chyba rzadko komu chce się wcierać mazidła i nic więcej nie robić z własnym ciałem, prawda? Z moich obserwacji wynika, że zwykle człowiek postanawia sobie: teraz będę szczupły i porządnie się do tego zabiorę! Potem przestaje się obżerać po 18, je sałatki, unika białego pieczywa, pije dużo wody i tak dalej, przy odpowiednim samozaparciu zapisuje się na fitness z siłownią i DO TEGO wszystkiego kupuje sobie kremiki. „Kto wie, może coś pomogą, na pewno nie zaszkodzą”.

Prawda jest taka, że ten, kto chce schudnąć, zmienia całe swoje życie, a nie tylko wciera kremy. A jeśli je wciera i nic poza tym, to raczej szybko się zniechęca i nie doczekuje efektów, na które producent każe czekać nawet do 6 tygodni. Brawo dla tych, którzy wymyślili kremy wyszczuplające – cóż za genialny marketingowy bulszit!

Dax Cosmetics – Perfecta SPA – Wyszczuplający mus do ciała – czarna porzeczka [recenzja]


Parę lat temu odkryłam dwa kremy Dax Cosmetics – jabłkowo-gruszkowy i czekoladowy. Miały opakowania równie piękne jak te z Body Shopu i zachęcały cudownymi zapachami. Mimo że nie przynosiły żadnych spektakularnych efektów, miałam do nich słabość i bardzo się rozczarowałam, gdy zniknęły z półek. Trochę czasu zajęło mi zorientowanie się, że część tamtej linii została przeniesiona do marki Perfecta SPA, ale gdy to odkryłam, nadzieja powróciła. Niestety, z oferty wycofano wygładzający krem o zapachu jabłkowo-gruszkowym, chociaż właściwie nie do końca mnie to dziwi – miał nietypową konsystencję i wygładzał, pozostawiając na skórze warstwę, którą można było rolować pod palcami. Perfecta kojarzy mi się dobrze, m.in. z najlepszym znanym mi żelem do higieny intymnej z serii Perfecta Mama, więc postanowiłam sprawdzić, „co oni tam teraz dają”. W koszyku wylądowały dwa produkty z serii Perfecta Spa: czekoladowe masło do ciała (o nim w kolejnych odcinkach) i wyszczuplający mus do ciała o zapachu czarnej porzeczki.




Słowo „mus” mnie ujęło, miałam ochotę na coś lekkiego i świeżego, cena też była zachęcająca. W ogóle nie zwracałam uwagi na hasło „wyszczuplający”, bo – jak zapewne większość z Was – w cuda nie wierzę :).

Bardzo lubię szerokie słoiki – o wiele ładniej wyglądają na półce niż stawiane pionowo tuby :). Teoretycznie w tubach kosmetykom lepiej, bo wolniej wysychają i dłużej trzymają aromat, ale co tam, podniecają mnie piękne słoikowe etykiety! Ta od mojego musu też może być, chociaż oczywiście, jak to mawiają, liczy się wnętrze...


Tymczasem we wnętrzu mamy bladoróżowy, lekki krem (na zdjęciu ciemniejszy niż w rzeczywistości, robiłam na szybko telefonem), którego nijak nie mogę nazwać musem. Musy kojarzą mi się raczej z tymi do jedzenia – lekkimi, puszystymi piankami. Kiedy jakiś kosmetyk dostaje taką nazwę, powinien się wyróżniać konsystencją – tak było chociażby w przypadku podkładu do makijażu Manhattan (Mousse Make Up). To nie znaczy, że konsystencja tego kremu jest zła, wręcz przeciwnie, po prostu wkurzyłam się, że mnie producent zmylił, no.

Zapach jest dość łagodny i niezbyt długo utrzymuje się na skórze. Dzięki informacji producenta, że to czarna porzeczka, moje nozdrza faktycznie ją wyczuły, ale nie sądzę, żebym z zamkniętymi oczami była w stanie stwierdzić, jaki to aromat. To chyba jakaś czarodziejska mikstura, bo w słoiku bardziej porzeczkowy, na skórze przekształcił się w grapefruit, a że specyfik zawiera z niego wyciąg, wydało się to sensowne. Mimo że lubię orzeźwiające aromaty owocowe, ten mi się nie podoba, jest zbyt chemiczny i – jakby to nie zabrzmiało – kojarzy mi się z antyperspirantem, który przebywa pod pachą co najmniej od kilku godzin...

Producent uwodzi opisem: „Wyszczuplający mus do ciała Perfecta SPA zawiera wyciąg z grapefruita, który perfekcyjnie nawilża i wygładza skórę. Kofeina i L-karnityna przyspieszają spalanie tkanki tłuszczowej, wyszczuplają i działają antycellulitowo. D-pantenol łagodzi podrażnienia skóry”.

Pora na rozliczenie: nawilżanie jest zauważalne, ale krótkotrwałe, natomiast wygładzenie skóry może wynikać ze starej techniki Dax Cosmetics, polegającej na tym, że po wtarciu zostaje warstwa, którą jeszcze przez jakiś czas można sobie zeskrobywać do woli. I ta warstwa daje efekt wygładzenia, tylko czy o to chodzi? O efekcie wyszczuplającym nawet nie będę pisać (poświęcę niedługo temu ciekawemu zagadnieniu oddzielną notkę), a co do podrażnień, to akurat D-pantenol nie miał się jak wykazać, bo takowych podrażnień nie miałam.

Podsumowując, mus wyszczuplający z serii Perfecta SPA zupełnie nie miał czym mnie oczarować. Mogę pochwalić tylko jego łatwe rozsmarowywanie i względnie szybkie wchłanianie, a także przyjemną (choć niemusową!) konsystencję. To taki krem, który do niczego się nie przyda, ale też niczego nie zepsuje, więc można go sobie wcierać i wierzyć, że kofeina z L-karnityną pomogą zmniejszyć obwód bioder i ud. Tylko właściwie... po co? Wybaczam bardzo wiele kosmetykom, które uwodzą zapachem, a ten – zamiast obiecywanego efektu relaksacyjnego – sprawia, że wącham się nerwowo pod pachami, żeby sprawdzić, czy mój antyperspirant nie nawalił.


Plusy:

– wygodne opakowanie,
– niezła wydajność,
– łatwe rozprowadzanie,
– dostępność.

Minusy:

– zapach,
– całkowity brak przydatności.

Pojemność: 225 ml
Cena: 12–14 zł
Ocena: 2/6

Garnier Hand – Intensywna Pielęgnacja bardzo suchej skóry – regenerujący krem do rąk [recenzja]


Firma Garnier posiada w ofercie linię „Intensywna pielęgnacja bardzo suchej skóry”, którą reklamuje jako „idealną gamę do pielęgnacji ciała dla bardzo suchej, uszkodzonej i popękanej skóry”. W tej serii (czerwone opakowania) możemy nabyć silnie skoncentrowany krem do wyjątkowo suchych miejsc, krem „S.O.S.” do zniszczonej skóry rąk, mleczko regenerujące do ciała, „ultraodżywczy” (uwielbiam tę marketingową nowomowę) krem w słoiku i regenerujący krem do rąk, nad którym dziś chcę się pochylić.

Etykieta sugeruje, że jest to agent do zadań specjalnych. Intensywna pielęgnacja, regeneracja i odżywianie – to brzmi dumnie! Ja akurat potrzebowałam pomocy głównie w okolicach noszonej biżuterii, bo od częstego mycia i dezynfekowania rąk przy niemowlaku miałam tam już łuszczącą się skorupę. Ogólnie stan nawilżenia moich dłoni oceniam jako niezły, chociaż względem tego co było, zanim zaczęłam używać żeli do dezynfekcji rąk na bazie alkoholu, faktycznie nastąpiło widoczne pogorszenie i moja skóra wymagała regeneracji.

Krem Garnier zdecydowanie spełnił oczekiwania. Zawiera alantoinę (regeneracja, nawilżanie) i natłuszczającą glicerynę, więc ma dość ciężką konsystencję, nie leje się, jest gęsty i zostawia wyczuwalną warstwę ochronną na skórze. Wchłania się przyzwoicie. Jak na krem glicerynowy powiedziałabym wręcz, że spisuje się bardzo dobrze. A jeżeli nałoży się go malutko, o dosłownie tyle:


– wchłania się błyskawicznie, pozostawia miłe uczucie wygładzenia, tylko trzeba się liczyć z tym, że wtedy jego magiczne właściwości naprawcze nie ukażą się w pełnej krasie. Raczej tylko odświeżymy sobie dłonie. Zapach jest różany, dość intensywny (chociaż nic chyba nie przebije kremu oliwkowego Ziaja) i bardzo mi się podoba. Długo utrzymuje się na skórze, więc zwolenniczki dyskretnych kosmetyków nie będą zachwycone. Ja akurat bardzo lubię trwałe zapachy.

Już po pierwszym wieczornym użyciu (w rozsądnej, standardowej ilości) skorupa z palców zniknęła, a efekt nawilżenia utrzymał się do rana. Byłam zaskoczona, że tak szybko może zadziałać moja kuracja! Używam go teraz, tylko gdy trafi się intensywny dzień z przesuszającymi żelami do dezynfekcji i spisuje się świetnie. Nakładam mało i pięknie się rozprowadza, więc nawet nie mam poczucia wykonywania jakiegoś wielkiego zabiegu pielęgnacyjnego. Przy takich ilościach, jakie wyciskam z tuby, zapewne starczy na bardzo długo.

Jeśli lubicie wcierać kremy po kilka razy dziennie (dla przyjemności, dla zapachu), do codziennej pielęgnacji radzę Wam jednak wybrać kosmetyk o lżejszej konsystencji, bez gliceryny.


Plusy:

– szybkie działanie regenerujące,
– konsystencja,
– wydajność i duża pojemność opakowania,
– przyjemny, różany zapach,
– łatwa dostępność.

Minusy:

– ja nie znalazłam, ale może się nie podobać pozostająca na skórze warstwa ochronna.


Pojemność: 100 ml
Cena: 8–10 zł
Ocena: 6/6

Oriflame – Tender Care – krem uniwersalny naturalny / czekolada / karmel [recenzja]


Dziś o klasycznym kosmetyku do pielęgnacji ust marki Oriflame. Przetestowałam dotychczas trzy wersje: naturalną (różowe opakowanie), karmelową (złote) i czekoladową (brązowe). Są jeszcze: migdałowa (w beżowym opakowaniu), wiśniowa (czerwone), waniliowa (białe) i nowość – kokos (jasnobrązowe), który aktualnie można kupić w promocji za 10,90 zł.

Balsam w smakowitej wersji czekoladowej

Kiedy jako dorosła osoba po raz pierwszy dostałam w prezencie różowy słoiczek, od razu pomyślałam, że z jakiegoś powodu kojarzy mi się z dzieciństwem. Byłam prawie pewna, że jako dziecko bawiłam się w przedszkolu podobną beczułką, a może któreś dziecko miało takowy przy sobie? Okazuje się, że nic w tym dziwnego, bo szwedzki koncern produkuje je od 30 lat!

Zacznijmy od tego, że nigdy nie nazwałabym kremem specyfiku o takiej konsystencji. Już prędzej można o nim powiedzieć balsam, bo w kontekście ust forma balsamu w postaci zwartej, woskowej bryłki jest znana i wiadomo, o co chodzi. W każdym razie słowo krem, powtarzane w kółko na stronie Oriflame, jest bardzo mylące i nie zamierzam go używać. Zresztą na opakowaniu widnieje jak byk angielskie protecting balm, co oznacza balsam lub maść. Koniec kropka.

W każdym maleńkim słoiczku znajduje się 15 ml zbitego, białego wosku (gęstość taka jak w sztyftach ochronnych), który w zależności od koloru beczułki właściwości ma te same, tylko inny aromat. Zadanie kosmetyku jest proste: chronić przed mrozem, wiatrem, przesuszeniem, czyli po prostu pozostawiać tłustą warstwę ochronną. Można go używać jako podkładu pod pomadkę lub do zmiękczania skórek, łokci, pięt. Ja stosuję tylko na usta.

Nie da się zanurzyć całego palca, opuszek zbiera cienką warstwę balsamu, co jest dobre, ale niestety jeśli chodzi o wygodę użycia, więcej plusów nie znajduję. Opakowanie estetyczne i fajnie wygląda, ale po pierwsze nie wiem, czemu nie jest wypełnione po brzegi (ułatwiłoby to nakładanie przynajmniej na początku), a po drugie, nie da się go używać przy dłuższych paznokciach – i wcale nie mam na myśli tipsów! Można niby wyskrobywać zewnętrzną krawędzią paznokcia, ale wtedy nabiera się za dużo. Prawdopodobnie 30 lat temu ktoś tak zaprojektował to opakowanie i przez trzy dekady Oriflame niczego nie zmieniło, żeby nie naruszyć klasycznego wyglądu flagowego produktu. No ale... no... nie da się nie zauważyć, że świat poszedł do przodu... Czytałam gdzieś poradę, że balsam można nakładać pędzelkiem, ale kompletnie to do mnie nie przemawia, ponieważ producent nie dodaje go w zestawie, a poza tym ten kosmetyk mieszka w kieszeni mojego płaszcza i służy zamiast pomadki ochronnej. Wyobraźcie sobie dziewczynę, która stoi na przystanku w mroźny, marcowy (haha, żarcik okolicznościowy...) poranek i nagle wyciąga z kieszeni maleńki słoiczek, a potem otwiera torebkę, grzebie, grzebie i wyciąga z niej po pięciu minutach pędzelek do tego słoiczka :).

Na koniec kilka słów o właściwościach. Jak już mówiłam, wszystkie beczułki z serii Tender Care, bez względu na aromat, mają ten sam zestaw substancji aktywnych, a wśród nich wyciąg z plastra miodu i olejki roślinne. Balsam ma gładką konsystencję, jest transparentny i pozostawia na ustach tłustą warstwę ochronną na niezbyt długi czas. Nie nawilża, ale wiadomo jak jest – albo rybka, albo... ;).
Opakowanie starcza mi na długo, ale wynika to głównie z faktu, że kiedy tylko podrosną mi paznokcie, przestaję go używać i przerzucam się na sztyft ochronny...

Jeśli chodzi o aromaty, nie potrafię zdecydować, który bardziej mi odpowiada – czekolada czy karmel. Obie wersje są bardzo smakowite, wyraźnie wyczuwalne i umilają brnięcie przez wiosenne (haha again...) śniegi. Nie przypadła mi do gustu zawartość legendarnego różowego słoiczka, bo jestem interesowna i jeśli zadaję już sobie trud wydłubania balsamu z głębokiej otchłani, oczekuję jakiejś aromatycznej nagrody. Smak tłuszczu i tyle nie jest nawet wart odkręcania słoika!

Wiecie, te beczułki Oriflame mają coś w sobie, ale... czy nie lepiej po prostu kupić sobie sztyft? Na pewno łatwiej takowego używać, a jednak szkoda mi rozstawać się z klimatycznym minisłoikiem, dlatego w tym sezonie w kurtce noszę pomadkę ochronną, a w płaszczu czekoladową baryłkę :). Tylko nie zapomnijcie o pędzelku! ;)

Plusy:
– pyszne aromaty czekolady i karmelu,
– konsystencja,
– długa trwałość w opakowaniu, nie jełczeje
– wiele smaków do wyboru

Minusy:
– opakowanie,
– mało interesująca wersja bezzapachowa,
– efekt natłuszczenia zbyt szybko zanika.

Pojemność: 15 ml
Cena: w zależności od aromatu od 22,90 do 25 zł
Ocena: karmel i czekolada 4/6, naturalny 3/6

The Body Shop – Strawberry Shower Gel – truskawkowy żel pod prysznic i do kąpieli [recenzja]


Uwielbiam sklepy The Body Shop. Kiedy tam wchodzę, jest mi taaaaaaaaak rozkosznie dzięki cudownym zapachom i buteleczkom z pięknymi, zachęcającymi etykietami. O wiele mniej zachęcające są ceny, ale tak się jakoś dziwnie składa, że za każdym razem akurat mają promocję i po prostu grzech nie skorzystać!

Jakość kosmetyków TBS jest dyskusyjna – niektóre są świetne, inne mocno średnie lub wręcz słabe. Zdecydowanie najmocniejszą stroną tej firmy są właśnie zapachy, a napawać się nimi bez obawy o jakość kosmetyku najlepiej w kąpieli, dlatego najczęściej kupujemy żele pod prysznic. Przetestowaliśmy z mężem co najmniej połowę dostępnych linii zapachowych, również te limitowane, i wiele nas zachwyciło. Niestety, czasem trafi się jakiś bubel...




Osobiście za takiego bubla uważam truskawkowy żel pod prysznic, chociaż mąż twierdzi, że jest całkiem fajny (niestety, z moich obserwacji wynika, że jego powonienie mocno kuleje – potrafi powąchać przez spodnie obsrany tyłek naszego syna i na moje pytanie, czy zmieniamy pieluchę, odpowiada, że nie czuje kupy. Prawda jest zwykle całkiem inna... w związku z powyższym nie uważam go za żaden autorytet w dziedzinie zapachów :>).

Jak zwykle zdjęcie na butli zachęca (a jakie piękne jest na kremie!), objętość 750 ml (są też mniejsze) obiecuje długie tygodnie ze smakowitymi truskawkami, ale kiedy naciskam pompkę, wiem już, że to nie tak... Na dłoni zostaje mi rzadki, dobrze pieniący się żel o zapachu Petrochemii Płock. To jeden z najbardziej syntetycznych truskawkowych aromatów, jakich miałam nieprzyjemność próbować i naprawdę nie rozumiem, jak to możliwe, że coś tak sztucznie pachnącego trafiło na półki TBS. Niedawno nabyłam truskawkowy żel do kąpieli Dairy Fun, który kosztuje dużo mniej, a aromat ma nieporównywalnie przyjemniejszy i prawdziwszy (choć do ideału jeszcze daleko).

Jeśli chodzi o jakość nieszczęsnego żelu bodyshopowego, to jest taka jak większość innych owocowych żeli tej firmy – całkiem przeciętna. Myje dobrze (znacie jakieś żele pod prysznic, które myją źle??), nie nawilża (czytałam wiele opinii, że wręcz wysusza skórę), dobrze że chociaż fajnie i konkretnie się pieni (te bardziej kremowe żele TBS, czyli kokos, masło shea, pienią się słabo). Jest przeznaczony dla każdego rodzaju skóry i zawiera olejek z truskawkowych pestek, ale to już nawet nie ma większego znaczenia.

Kiedy traficie do jednego z uwodzicielskich sklepów The Body Shop, wybierzcie jakiś inny zapach. Za te pieniądze truskawki nawet nie ma sensu dotykać.

Plusy:
– różne pojemności (250 ml, 400 ml, 750 ml),
– wygodna pompka w butelce 750 ml (ale w innych liniach zapachowych też takie są!),
– dobrze się pieni.

Minusy:
– zapach,
– cena nieadekwatna do jakości (chociaż często są atrakcyjne promocje).

Cena: trudno powiedzieć, bo za każdym razem są jakieś promocje, butelka 250 ml standardowo kosztuje ok. 29 zł
Ocena: 2/6

Ziaja – Krem bionawilżający – biała herbata [recenzja]

Dziś kolejny tani kosmetyk z Polski: krem (bio-tylko po co?)nawilżający do cery tłustej i mieszanej firmy Ziaja.
Krem Ziai w nowym słoiku

Opakowanie głosi, że „aktywnie nawilża, wygładza i wzmacnia system ochronny skóry. Łagodzi efekty negatywnego wpływu środowiska oraz neutralizuje wolne rodniki. Stanowi doskonały podkład pod makijaż”. Kupiłam go ze względu na ostatnie zdanie, bo polecany przez moją mamę krem oliwkowy Ziai okazał się dla mnie zbyt tłusty jak na... podkładowanie podkładu.

Po otwarciu miłe zaskoczenie: konsystencja kremu lekka, zapach przyjemny i mało agresywny, odpowiednio dyskretny. Krem zawiera bardzo dużo wody (ale się nie leje), wystarczy niewielka ilość do nawilżenia całej twarzy, szybko się wchłania. Nie mam pojęcia, czy faktycznie neutralizuje wolne rodniki i wzmacnia system ochronny skóry, ale jako baza pod makijaż nadaje się dobrze. Nie zauważyłam działania wygładzającego, przynajmniej w porównaniu z innymi prawdziwymi bazami, których używałam (np. Avon).

A, prawie zapomniałam o białej herbacie. Zapach na pewno nie jest herbaciany, tylko po prostu kosmetyczny, ale na opakowaniu widnieje Camellia Sinensis Leaf Extract, czyli ekstrakt z liści herbaty chińskiej. W składzie jest też łagodzący podrażnienia pantenol, witaminy A i E, alkohol cetylostearylowy (który teoretycznie może przyczyniać się do powstawania zaskórników, ale ja tego u siebie nie zauważyłam), krem zawiera parabeny.

Porzucony na kilka miesięcy i otwarty ponownie niemiło mnie zaskoczył, ponieważ mimo szczelnie zakręconego słoiczka woda całkowicie wyparowała i krem stał się zbity i tłusty. I chociaż data ważności nie minęła, nie nadawał się już do użycia. No ale właściwie po co miałybyście tak niewielką ilość kremu przechowywać na później, jeżeli Wam podpasuje? Przy normalnym codziennym używaniu taka historia nie powinna się wydarzyć.

Jeżeli szukacie taniej, przyzwoitej bazy pod makijaż, mogę polecić ten produkt. Jako krem nawilżający na dzień wybrałabym inny.

Aha, niedawno producent zmienił opakowanie, wcześniej można było kupić ten krem w jasnozielonym słoiczku z serii HerbikaPlant i kiedy myślałam już, że nie ma go w sklepie, odnalazłam biały, niepozorny słoik, zagubiony pośród innych, bardziej rzucających się w oczy.

Plusy:

– lekka konsystencja i szybkie wchłanianie,
– cena,
– wydajność.

Minusy:

– krótkotrwałe nawilżenie,
– szybkie wysychanie do postaci niedającej się używać tłustej mazi

Pojemność: 50 ml
Cena: ok. 6 zł
Ocena: 3/6

środa, 3 kwietnia 2013

Joanna – Naturia – Kawa i śmietanka – olejek do kąpieli i pod prysznic /recenzja/

Chciałabym zacząć od kilku zdań zachwytu. Bo fajnie jest rozpoczynać od pozytywów. Po wielu miesiącach od pierwszego użycia przypomniałam sobie ostatnio o olejku do kąpieli i pod prysznic (w moim przypadku tylko pod prysznic, bo wanny w mym domu nie uświadczycie) polskiej firmy Joanna z serii Naturia. Nie lubię logotypu Joanny, jest staroświecki i niezachęcający, kojarzy mi się z kosmetykami babci Heni, ale co za różnica wobec tego cudu za kilka złotych:


Z tej serii są też olejki z kompozycjami wanilia ze śmietanką i truskawka ze śmietanką. Nie próbowałam ich jeszcze, zapachy mają bardzo zachęcające, ale kawa i śmietanka zdecydowanie prowadzi w moim prywatnym konkursie na kąpielowego uwodziciela.

Producent obiecuje, że olejek jednocześnie umyje i wypielęgnuje moje ciało, dzięki unikalnej dwufazowej recepturze „nada skórze wyjątkowe uczucie gładkości, otulając ją pięknym zapachem”. Poucza też, że ekstrakt z kawy i proteiny mleczne działają odżywczo i nawilżająco. Niech będzie, że tak się dzieje, ja wiem tyle, że kiedy otwieram to mało luksusowe plastikowe opakowanie, czuję się bardzo luksusowo potraktowana, bo zapach, jaki wydostaje się ze środka, jest O-BŁĘD-NY! Czasem ciężko mi się powstrzymać przed polaniem się wyłącznie warstwą śmietanki i równie ciężko przychodzi mi przypomnienie sobie, że jest niejadalna, ale fakt faktem – prawdziwą ucztę zmysłów osiągniecie po wstrząśnięciu butelką. No po prostu odlot.

Ze spraw technicznych: olejek – jak to olejek – nie pieni się tak dobrze jak zwykłe żele pod prysznic, ale da się uzyskać pianę dość przyzwoitą, zresztą myślę, że każdy, kto się nim poleje, będzie miał w nosie, czy się pieni, czy się leni. W wersji prysznicowej opakowanie 200 ml starcza na całkiem długo, ale podejrzewam, że wydajność przy stosowaniu jako płyn do kąpieli jest dość niska. Konsystencję ma wodnistą, trochę mam wrażenie, jakbym używała końcówki jakiegoś żelu, do którego dolałam wody. No i nie ma co liczyć na efekt natłuszczająco-nawilżający po kąpieli (jak np. w przypadku olejku Nivea Natural Oil), ale ja wcale tego nie oczekuję po mojej kawowo-śmietankowej Naturii za 6 złotych.

Plusy:
– niesamowity zapach, prawdziwy, niechemiczny,
– niska cena,
– łatwa dostępność (i w drogerii, i w markecie, są wszędzie).

Minusy:
– zbyt wodnista konsystencja,
– brak właściwości nawilżających.

Pojemność: 200 ml
Cena: ok. 6 zł
Ocena: 5/6

Po co to wszystko?

Ten blog powstał z porywu serca, którego doznaję każdego dnia, gdy otwieram moją skrzynkę pełną skarbów do makijażu, a także gdy moczę się pod prysznicem, a potem dopieszczam ciało rozmaitymi płynami i papkami. Poryw jest zwykle krótkotrwały, bo jako matka niesfornego kurdupla czasu na pielęgnację nie mam zbyt wiele. Kurdupel jest słodki i go uwielbiam, ale zamiast o nim, postanowiłam pisać o moim sekretnym życiu w łazience, z dala od małych, tłustych rączek, obślinionej brody i ciekawskich orzechowych oczu (po tacie). Jakby nie było – kibel – to taka moja mała oaza spokoju, pełna zapachów, pełna radości i odprężenia... pod warunkiem, że codzienne smarowanie odbywa się w asyście doskonałych pomocników. Czy może być coś gorszego od wyżebranych od życia kilku chwil spokoju, które nagle okazują się być zmarnowane przez beznadziejne masło do ciała lub śmierdzący krem? Tak, z pewnością istnieją gorsze rzeczy, ale ta jest na tyle fatalna, że warto jej unikać :).

Chętnie pomogę Tobie, zabiegana mamo, i Tobie, zapracowana kobieto, i Tobie też, kimkolwiek jesteś. Uwielbiam testować nowe kosmetyki i dzielić się radością z ich używania, a także – zgodnie z duchem polskości – krytykować, odradzać, a czasem i naśmiewać się z. Oczywiście wiem, że blogów tego typu jak mrówków, ale mój jest mój i za to go lubię najbardziej ;). Kto wie, może moje przemyślenia zachęcą Was do udanych zakupów lub uchronią przed fatalnym wydaniem wielu ciężko zarobionych złotówek. Nie jestem specem, jestem tylko mamą uroczego kurdupla, która mimo niewyspania i całodziennego zasuwania przy synu stara się wyglądać i pachnieć jak najpiękniej. Dla siebie, dla rodziny.